Dziewczyny, wychodzę z założenia, że i o swoich porażkach trzeba pisać, więc napiszę to ku przestrodze - choć nie sądzę, żeby ktoś był w stanie przegiąć tak, jak dziś ja. A rzecz dotyczy kulinariów (o których dziś kilka z Was pisało). Wzięłam sobie za ambitne zadanie zrobić M na obiad leniwe pierogi (wiem, że je uwielbia, a ja chciałam zrobić coś bezmięsnego na obiad). Najpierw zaczęłam od czytania, czym się różnią leniwe od kopytek (w sumie do teraz nie bardzo się orientuję - leniwe są z twarogiem, a kopytka bez? Oba na bazie ziemniaków? Która mi to jasno wytłumaczy

?). Ugotowałam więc ok. 12-14 ziemniaków

, potem je rozgniotłam za pomocą tłuczka, dodałam twaróg (130 g, bo tylko tyle miałam), jedno jajko i (w przepisie była mąka - 1 szklanka), więc dodałam tą jedną szklankę do tony ziemniaków. No i za chiny to ciasto nie wychodziło, było lepkie, przyklejało mi się do palców, więc nie byłam w stanie go rozrobić. No i tak dodawałam co trochę mąki, żeby to jakoś związać i ani się spostrzegłam, jak prawie kilo mąki wrzuciłam do mojej "zaprawy" (byłoby obrazą, gdybym nazwała to daniem

). Ale, mimo zwątpienia i poczucia nadchodzącej porażki nie dawałam za wygraną.Lepiłam, wałkowałam, odcinałam. Chyba ze 100 leniwych, czy kopytek mi wyszło (cholera w sumie wie, co ja zrobiłam

). W smaku przypominało jakąś leguminę lub inne coś, co jest twarde i nieco elastyczne. Tym samym sprofanowałam po bandzie kuchnię polską

M był bardzo uprzejmy i mówił, że dobre, choć z całej podanej mu miski zostawił trochę (zwykle zjadał wszystko - ale wtedy nie ja to robiłam :-)). No cóż... dziewczyny... nie poddaję się, zrobię jeszcze podejście drugie do tego dania, ale najpierw dobrze się do tego przygotuję. A może któraś z Was jest w stanie mi zdradzić tak bardzo jasnym językiem, czym różnią się kopytka od leniwych, jaką konsystencję powinno mieć ciasto i z ilu ziemniaków najlepiej to zrobić na obiad?
Aia, widzisz, Tobie zupka wyszła, a ja (mimo planu obiadowego) poniosłam dziś kulinarną klęskę. Podchodzę do tego jednak z przymrużeniem oka. Śmiałam się i mówiłam do Lilci, że dobrze, że ona nie musiała tego jeść i oglądać i do czasu jak dorośnie, to na pewno będzie mi lepiej szło.
A propos tego, co napisała
Kakakarolina, że dzieciaczki wkładają teraz wiele rzeczy do buzi mam do Was pytanie. Jak czyścicie zabawki, które kupujecie lub dostajecie? Chodzi mi o dwa typy zabawek - takie z plastiku czy innego materiału twardszego (czy je jakoś sparzacie, czy przecieracie wilgotną szmatką - jeśli tak, to zwykłą wodą, czy wodą z czymś zmieszaną?), a jak maskotki? Pierzecie, czy też przecieracie jakoś? Pamiętam, że Perfekcyjna coś mówiła, że żeby pozbyć się kurzu, to można pluszaki do zamrażarki na kilka godzin, czy dobę (?) włożyć. Podpowiecie coś?
Odmeldowywuję się na razie, bo wypaliła mnie ta kulinarna przygoda. Ale dzień ogólnie udany, spacer fajnie zaliczony, dzieciątko ogólnie grzeczne także poniedziałek uważam za nietragiczny, a to już coś
