Cześć dziewczyny!
Moje samopoczucie, dziękuję dobrze

tzn już lepiej, bo w sobotę złapałam takiego doła, że masakra... stwierdziłam, ze piersi bolą mnie mniej, że pewnie jak w czwartek pójde do lekarza, to okaże się, że znowu się nie udało - dół taki, że nie macie pojęcia... Wieczorem przyjechali znajomi. Na razie nie chcemy nikomu mówić, przez wczesniejsze "doświadczenia", ale oczywiście jak to przy grillu piwko, ipt, więc ja odmowiłam i powidziałam mojej koleżance... Ona się strasznie ucieszyła, a ja zaczęłam jej mówić o wszystkich obawach, że boję się cieszyc, nie nie chcę znowu się tak potwornie rozczarować i dlatego na razie nie okazuję radości, itp, oczywiście tak nawarstwiły się we mnie te wszystkie emocje, ze wybuchnęłam płaczem - mimo, że myślałam, że poradziłam sobie z tamtym poronieniem to jednak to była taka trauma, że ciągle to we mnie siedzi... ale chyba tego było mi trzeba, wyrzuciłam z siebie to co we mnie tak siedziało, ten cały strach. I ta moja koleżanka powiedziała mi jedną baaardzo mądrą rzecz... że nie powinnam teraz odbierać sobie tego szczęścia, że to ja mam największe prawo do tego, żeby własnie teraz się cieszyć, a jak będzie powód do tego, żeby płakać, to będziemy płakac razem... to sa kochane święte słowa... dla nas wszystkich, których strach jest większy niż radość... d=od soboty jest mi znacznie lepiej - bo cieszę się tym co mam dzis - a dziś moja fasolka ma 5tyg i 3 dni
