Wiesz, co... Gdybym straciła nadzieję, to nic tylko sobie w łeb palnąć... Mam wsparcie, mam bogate doświadczenie w radzeniu sobie nawet z najtrudniejszymi przeciwnościami i mam w sobie siłę, której wielu nie ma. To dobry fundament do walki o wszystko, o co wg mnie warto walczyć. Ale są też takie "kwestie", o które długo walczyłam i przestałam. Bo nie warto tracić energii na coś, co nie niesie ze sobą nadziei na coś lepszego, jest toksyczne i nie rokuje dobrze. I to też jest mój sukces

Bo stawiam wyraźne granice, które są nieprzekraczalne. Dla innych i dla mnie samej.
A co do leczenia i lekarzy - owszem, są. Ale to jeszcze nic nie znaczy i nie daje nadziei. Nadzieję daje to, że nie jestem zwykłą pacjentką godzącą się na wszystko bez zrozumienia sytuacji i na co się godzę. To ja najlepiej znam swój organizm i to ja go diagnozuję i leczę, bo nie zgodzę się na leczenie, które wg mnie jest bez sensu - patrz np czekanie kolejnych miesięcy na unormowanie sie cyklu, który nie ma szans się informować bez pomocy lub nie zgodzę się na pominięcie pewnych badań, które być może nie należą do rutynowych, lecz pokazują więcej. To jest moje źródło nadziei. To, że mogę decydować o sobie, o leczeniu. A że jestem uparta, to muszę odnieść sukces. Tak, jak odnosiłam za każdym razem, gdy widziałam, że warto

Jeśli jest na świecie choć jedna osoba, która to zrobiła, to znaczy, że i ja mogę to zrobić. Nie ma rzeczy niemożliwych
