Co do autek to my mamy jedno ,ale mój ma blisko do pracy więc nic mu nie byłoby jakby piechotką chadzał sobie , jak jeździłam to czasem miałam odpały jakieś ,że robiłam dziwne rzeczy na drodze dwa razy się zdarzyło i o dwa razy za dużo , ale jeździłam dalej nie zraziłam się tak na prawdę jazda się zaczyna bo zdanym egzaminie bo wcześniej to ma się instruktora ,który też ma hamulec ,a potem już nie , ja jeździłam i do Łodzi kiedyś i do Płocka i gdzie się dało , zimą ,latem ,wiosną, jesienią i się nie bałam , myślę ,że jak się na nowo wprawię to będzie dobrze tylko na początek pojeżdżę sobie na obrzeżach miasta ,a potem do centrum wjadę , no i kiedyś jak jeździłam to ciągle w rozjazdach ,a to teścia gdzieś woziłam ,a to szwagierkę z dzieciakami , jak ktoś nie miał jak to do mnie dzwonił ,a że lubiłam jazdę to się chętnie godziłam na to na początku mieliśmy dwa auta mojego taty i męża no i ja jeździłam autkiem taty bo mniejsze ,a mąż oplem vectrą , ja nie umiałam tym dużym jeździć,a jak nabyliśmy oktavię to mi tak przypadła do gustu ,że nie sposób było mnie oderwać , jak tylko mąż ją przyprowadził to się wpakowałam za kółko i jechała do teściów , i to było pierwsze duże auto ,które prowadziłam bez prób wcześniejszych wyczucia go i odpukać parkowałam idealnie bez poprawek i niczego nie zawadzałam jedyne co mnie odstrasza to wjazd tyłem do garażu.