Cześć, dziewczyny. Domyślam się, że częśc z Was już miałam okazję poznać w wątku "Ciąża po poronieniu", jednak postanowiłam dołączyć i tutaj, bo w końcu jeszcze w ciąży nie jestem, tylko na etapie starań. Tym, z którymi się nie znamy, przedstawię się pokrótce.
Nazywam się Kasia, mam 28 lat, w grudniu straciłam moją pierwszą ciążę w 8/9 tygodniu. Odklejała się kosmówka, przez dobre trzy tygodnie plamiłam, ale dziecko się rozwijało, jednak pewnego dnia serduszko przestało bić. Po poronieniu nie pozwolili czekać, aż się wszystko oczyści, od razu posłali na zabieg. Od tego czasu minął już cały cykl, miesiączka (choć trochę spóźniona) przyszła 31 stycznia i w tym cyklu podjęliśmy już starania. Wiem, że zazwyczaj doradzają odczekać 3 cykle, ale tak jak mi to tłumaczyli lekarze - to raczej zalecenia psychologii, nie ginekologii. Ja głowę posprzątałam sobie dosyć szybko i jestem gotowa walczyć dalej. Choć lekarz w szpitalu powiedział, że w zasadzie nie ma dowodów na to, żeby ciąża od razu po łyżeczkowaniu była obciążona większym ryzykiem, za radą mojej lekarki postanowiłam ten pierwszy cykl sobie odpuścić, żeby w razie kolejnego niepowodzenia - a przecież wszystko się może zdarzyć - nie mieć do siebie pretensji.
Choć ja decyzję podjęłam, ten cykl niestety chyba Matka Natura sobie odpuści za mnie. Obserwuję go od początku, uzbroiłam się w mikroskop owulacyjny i testy LH, bo niestety z braku wiarygodnego termometra nie prowadzę pomiarów temperatury (jeśli któraś z Was ma pomysł, gdzie można kupić normalny termometr, bo ten elektroniczny, który mam w domu, jest w moim odczuciu wybitnie niedokładny i wyniki podaje z sufitu - z pewnością przyda mi się taka podpowiedź na przyszłość). Ani moje ciało, ani wykonywane testy nie wskazują w ogóle na owulację. Jest to już 18 dzień cyklu (przy cyklach przed # rzędu 28-32 dni, z bardzo wyraźnym okresem płodnym) i nie dzieje się nic. Śluzu płodnego nie zaobserwowałam nawet przez chwilkę. Wygląda więc na to, że jajeczka w tym cyklu po prostu nie będzie. Nie powiem, zmartwiłam się dosyć solidnie, nigdy wcześniej z owulacją nie miałam problemów a w ciążę zaszłam przy pierwszej możliwej okazji.
Przyznam się, że mam trochę ciśnienie, żeby z tą pierwszą ciążą się "uwinąć" jak najszybciej, bowiem okazało się, że mam mięśniaka. Lekarka mówi, żeby go przed ciążą nie ruszać, bo może to generować później problemy z zajściem. I pewnie ma rację. Ale wiecie, jak to jest: świadomość tego mięśniaka sprawia, że chciałabym zajść, zanim urośnie. A że nie wiadomo, jak się będzie zachowywał, wolałabym się pospieszyć... Nie podejmę ryzyka gmerania przy nim, póki nie urodzę pierwszego dziecka. Liczę na co najmniej dwójkę, ale jeśli się przez mięśniaka okaże, że mogę tylko jedno, łatwiej będzie się z tym pogodzić, niż w ogóle.
No, ale ten cykl chyba na straty. Teraz trzeba czekać miesiąc na kolejne jajeczko. Czy któraś z Was też miała cykle bezowulacyjne po poronieniu? Próbuję sobie to jakoś wytłumaczyć, ale średnio mi idzie. Z czego one mogą wynikać? Poplątała się gospodarka hormonalna? Z drugiej strony tyle się nasłuchałam, że niedługo po poronieniu łatwiej się 'zaskakuje'.. Może to tylko taki zabobon. A może jakieś ziółka od nowego cyklu zacząć stosować? Będę wdzięczna za podpowiedzi.