A my już osobno

19 października o 2:00 w nocy odeszły mi wody, ale akcja nie rozkręcała się aż do południa. W południe lekarze podjęli decyzję, że skoro CC miało być planowane, to 3 dni wcześniej nie zrobią różnicy i nie ma co przeciągać. Tak oto o godzinie 13:18 zostałam mamą Wiktorii. Pomimo stresu przed operacją, wszystko poszło sprawnie - choć nie pamiętam momentu jak mnie zdjęli ze stołu i przenieśli na łóżko. Nie wiem czy odleciałam czy co, usłyszałam tylko komentarz "ja nie mogę ale sika" już po cięciu i po tym jak mi dali do przytulenia córeczkę i chyba wyłączyło mi się nagrywanie wizualne. Za to wrażenia jak podają dzidzię do przytulenia i ucałowania bezcenne - popłakałam się wtedy. Gorzej z wrażeniami jak zeszło znieczulenie. Pierwsze 12 godzin, to koszmar...
Natomiast co do personelu Ujastka. Podczas tych 3 dni, wśród całej masy lekarzy i położnych, tak naprawdę ludzkich i życzliwych było 4 osoby: lekarz operujący, 2 stażystki opiekujące się mną w pierwszej dobie i... pani salowa. Reszta to automaty, które potrafią sprawić, że nawet zwykły zastrzyk podskórny jest bardzo bolesny. Nie wspomnę o terrorze laktacyjnym. Szkoda. Wiem, że szpital to nie wakacje, ale zwykła ludzka empatia potrafi podnieść na duchu i poprawić humor, a całkowity jej brak naprawdę dobija mamę po porodzie. Dziecko oczywiście jest najważniejsze, ale ja tez jestem człowiekiem a nie tylko inkubatorem.
Czy zdecydowałabym się na CC drugi raz. Tak, żeby chronić dziecko, tak długie lata wyczekiwane. Czy na Ujastku? Już, niekoniecznie...