Witam! Jestem "nowa" na tym forum, ale temat sks jest mi bardzo dobrze znany od ponad 3 lat.
Mój synek(obecnie ma 3 lata i 4 miesiące) był leczony metodą Ponsetiego u prof. Napiontka od 2 tyg życia. nie będę opisywać jak to wyglądało bo temat jest znany.
Więc o co chodzi?A no właśnie.
Rok temu na wizycie profesor powiedział, że wszystko jest w porządku, a nawet lepiej. Byliśmy z mężem zdziwieni bo wydawało nam się, że syn wciąga nogę do środka, ale skoro specjalista tak mówi to chyba wie.Kazał zakładać szynę na noc jeśli się da do 3 roku życia syna a potem przestać zakładać. Szynę odstawiliśmy jakieś pół roku temu bo mały zaczął ją zdejmować, ale nie robiliśmy z tego tragedii bo właściwie tak też sugerował doktor.
Wszystko było dobrze do ostatniej wizyty, która miała miejsce przedwczoraj. Profesor powiedział, że jest nawrót, że jest gorzej niż rok temu i jeśli się pogorszy to konieczna będzie operacja.
Byłam w szoku i nadal jestem. Za każdym razem podczas wizyty pytałam czy nie należy stosować jakichś ćwiczeń i czy dziecko nie powinno mieć obuwia ortopedycznego bo tak mi się wydawało wtedy.Ale profesor mówił, że nie, że ma mieć normalne buty, żadne ortopedyczne a stopę sam sobie rehabilituje biegając.
Więc dlaczego piszę całą tę historię?
Jestem rozczarowana zachowaniem profesora.
W gabinecie była wtedy z nim młoda Pani doktor i to właściwie jej -a nie Nam rodzicom -tłumaczył. Wogóle nie zauważył, że ta wiadomość spadła na Nas jak grom z jasnego nieba. Do zeszłego roku czułam że jest ktoś kto pomoże mojemu dziecku, tym bardziej, ze stosowaliśmy się do wszystkich zaleceń doktora. Wszystkie etapy przechodziliśmy tak jak kazał.Szyna była stosowana regularnie. Więc co poszło nie tak?
W tej chwili czuję się tak jak wtedy kiedy dowiedziałam się ,że dziecko moje ma sks. Załamana.
Nie wiem co mam robić. Jedyna osoba, która pomogła mojemu dziecku, straciła moje zaufanie.
Czy ktoś z Was miał podobną sytuację i mógłby coś doradzić bo nie wiem co robić? Wizytę kolejną mamy na wiosnę i wtedy ma się okazać czy ma być operowany czy nie. Do tego czasu zeświruję chyba.
Do tej pory bardzo ceniłam tego człowieka i nie wiem czy miał akurat zły dzień, ale poczułam się wtedy strasznie tym bardziej że za każdym razem kiedy jechaliśmy na wizytę to przemierzaliśmy prawie 400 km w jedną stronę.
Proszę o odpowiedz jeśli ktoś miał podobną sytuacje i mógłby coś doradzić bo operacja, to ostateczność.