Muszę się wygadac bo nie wytrzymam. Nie wiem już czy to ze mną jest coś nie tak czy z moją teściowa. Chodzi o to że mieszkamy z mężem z teściami, oni mają mieszkanie na dole, my na górze, ale niestety jedno wejście. Nie mamy z mężem prywatności, wszystko co robimy o czym rozmawiamy słyszą teście. Przed urodzeniem naszego 1 dziecka nie było najgorzej. Choć teściowa jest nadopiekuńcza i traktuje nas jak dzieci (mamy po 25 lat) jakoś dało się wytrzymać. Ale po urodzeniu się ich pierwszego wnuka to zaczęła się masakra. Teściowa potrafi przychodzić do nas kilka razy dziennie, nawet jak odzieżą nas ktos z mojej rodziny i siedzi przy małym. Nawet jak mąż wróci z pracy to nie mamy chwili dla siebie bo zaraz przychodzi i bawi się z małym. Do sypialni nie puka, bo przecież idzie odwiedzic wnuka. Za każdym razem jak mocniej zaczynał płakać to przychodziła sprawdzać co się dzieje. Mąż zwracał jej uwagę na parę rzeczy ale ona nie słucha. Zwrócił jej uwagę że ma nie brać małego jak tylko delikatnie zapłacze a ona się obraziła. Za każdym razem kiedy powiemy jej że robi coś złego to się obraża i z nami nie rozmawia. Oczekują od nas że będziemy się ze wszystkiego tłumaczyć, gdzie jedziemy, gdzie jesteśmy itd. Ostatnio trochę się posprzeczaliśmy i powiedzieliśmy jej że nie życzymy sobie żeby robiła rzeczy o które jej nie prosimy. Ja mówię że ma mi np nie zmywać a ona i tak nie słucha. Czasami przychodzi i mówi "daj mi małego a ty idź zjedz.." "daj mi małego a ty idź to i tamto".powoedzielismy ze przeszkadza nam takie rozkazywanie a ona oskarżyła nas że nie każemy jej się cieszyć wnukiem. My chcemy po prostu żyć po swojemu, być samodzielni. A ona zawsze wszystko robiła za swoje dzieci. Wywiolazala się mega kłótnia przy czym mąż powiedział że zamierzamy się wyprowadzić, to wpadła w straszna histerie.. Doradźcie czy to ja przesadzam, czy to ona jest nadopiekuńcza?