Wiesz słonko, jak Cię czytam to jakbym swoją historię widziała... Było podobnie. Wielokrotnie mówiłam mu co czuję, co boli, co robi źle, że ja też bez winy nie jestem, ale takie rozmowy przeradzały się paskudnie raniące przepychanki słowne, które w jego mniemaniu miały doprowadzić do tego aby okazało się kto ma rację, kto jest silniejszy. A przecież chodziło o to byśmy oboje zrozumieli swoje błędy i je naprawiali-niestety tylko ja to rozumiałam... W końcu zaczęłam być taka jak on, bez skrupułów wyłuszczałam mu co myślę, konsekwentnie mówiłam, że bez niego poradzę sobie nawet lepiej niż z nim, pokazywałam jaka jestem silna (choć gdy nie widział to płakałam jak bóbr bo nie widziałam jak długo jeszcze będę to musiała grać silną,by to pojął). W końcu przyjął do wiadomości (to chyba było dla niego najtrudniejsze), że go w końcu zostawię, że bez niego też mogę żyć i że nie będę po nim płakać (dobrze, że go o tym przekonałam, choć to nie prawda była) wtedy coś w nim pękło... Zaczął mnie słuchać, zaczął widzieć swoje błędy i zmienił się bo zrozumiał, że to on ma więcej do stracenia gdybyśmy się rozstali. Może trzeba go tak postraszyć... U mnie to trwało kilka lat-straszna męczarnia- ale warto było..