U mnie wyglądało to tak:
W środę 8.10 miałam jechać do lekarza w sprawie niedoleczonej infekcji, ale nie pojechałam.. Tego dnia czułam się tak słabo, że cały dzień przeleżałam w łóżku. Bez toalety, bez jedzenia..- dosłownie nic.. Nie miałam nawet siły, by włączyć laptopa..Około 19:40 poczułam jak mi coś poleciało między nogami.. Byłam pewna, że to śluz i udałam się do łazienki, żeby to sprawdzić..Tam pociekło mi jeszcze raz..I znowu.. Poszłam do P i mówię spokojnie, żeby nie siać niepotrzebnej paniki, że coś mi tam chyba ciurka.. On na to: "O kurcze, dzwoń do mamy i zapytaj, czy to tak właśnie jest".. No i dzwonię.. Mama mówi, że to na 95% wody.. Mąż chwyta za telefon i dzwoni na porodówkę..Ja w tym samym czasie, rozbieram się i szykuję pod prysznic.. Naglę jednak słyszę: "Zaczekaj, kazali już przyjechać". No to ubieram się z powrotem. Tryska już ze mnie niesamowicie, sprawdzam jeszcze ostatecznie torbę, dopakowywuję dokumenty.. No to jedziemy.. W drodzę do szpitala czuję już lekką nerwówkę.. (Zupełnie tak jakbym zaraz miała pisać maturę).Na miejscu robi się małe zamieszanie, bo oddziałów położniczych jest, aż tyle, że trudno znaleźć ten właściwy.. Z pomocą jakiejś duńskiej piguły udało nam się jakoś dostać do tego odpowiedniego. Szybko trafiłam do gabinetu lekarskiego gdzie położna przeprowadziła z nami wywiad, a następnie sprawdziła rozwarcie. Było ono na zaledwie 1 cm, a ktg pokazywało delikatne skurczyki 10 - 20%. Po krótkiej naradzie z lekarzem stwierdziła, że dostanę tabletki na przyśpieszenie akcji. Dwie wziełam od razu, później jeśli skurcze się nie pojawią miałam wziąć kolejne 2 za 6 godzin. Odesłali nas do domu i kazali dzwonić jak tylko się one pojawią. No to pojechaliśmy, tyle, że do znajomych(, bo od nich do szpitala jest zaledwie 12min,a od nas jakieś 30-40.) Wody płodowe tryskały ze mnie jak pompa. Zawsze myślałam, że one odchodzą i już.. (a tu się okazało, że produkcja dla maluszka trwa na bieżąco). Kiedy dojechaliśmy do mieszkania brata, włączyliśmy TV, napiłam się herbaty i już po ok. 30 min złapały mnie skurcze i to już od razu takie co 5 minut. Były bolesne, ale jeszcze w miare znośne. Poszłam pod prysznic i poczułam chwolową ulgę. Praktycznie po nim, skurcze nasiliły się, a odstępy między nimi trwały 2,5 minuty. Wtedy to już chol****e bolało.. Zadzwoniliśmy do szpitala i powiedzieliśmy, że jedziemy. Jak na samą złość, staliśmy na każdych niemalże światła, a ja już w ramionach męża darłam się z przeszywającego bólu. Ta droga była dla mnie wiecznością.. Kiedy już zajechaliśmy na miejsce P zaniósł mnie na rękach do gabinetu lekarskiego. Szybko pojawiła się położna, zrobiła badanie i stwierdziła rozwarcie na 3 cm.. Kiedy pomyślałam, że mam wytrzymać do 10 to zrobiło mi się słabo. Zostałam przyodziana w specjalną koszulę, wielkie bawełniane majtki i założono mi podpaskę przypominającą pampersa..Cały czas kazano mi głęboko i powoli oddychać, ale mimo szczerych chęci nie mogłam się na tym kompletnie skupić.. Położna nalała do wanny ciepłej wody i zaproponowała mi kąpiel. P polewał moje piersi i brzuch, ale to nie przynosiło mi ulgi.. W czasie skurczów, skrecały mi się palce u stóp, a ja krzyczałam w niebogłosy, jak bardzo mi źle.. Po jakimś czasie wyszłam z wody i zrobiono mi lewatywę. Ucieszyłam się, bo bardzo mi na niej zależało.. Ciężko mi się jednak było skupić w toalecie, przy tak częstych i bolesnych skórczach. P był cały czas przy mnie, podnosił mnie, wnosił.. Kiedy już się opróżniłam poproszono mnie na łóżko, bo wg położnych akcja się już o wiele bardziej rozkręciła. A tam - 4 cm.!! Rozpłakałam się, mąż nie może uwierzyć.. Błagam o jakiekolwiek znieczulenie.. Bóle idą z krzyża, a w czasie skórczów czołgam się po podłodze.. Podano mi jakiś tlen - coś na ogłupienie, ale ja wogóle nie umiałam w nim oddychać.. Położne strasznie chcą pomóc i proponują, że wykonają mi zastrzyki domieśniowe w plecy, ale i to, nie podziałało.. W pewnym momencie nogi zaczynają mi się trząść jak szalone, a ja kompletnie nad tym nie panuje.. Kiedy położne widzą, co się dzieje, a akcja się nie posuwa postanawiają zadzwonić po anestezjologa.. Ogromnie się ucieszyłam. Kiedy łapał mnie skórcz, starałam się go jakoś wytrzymać i myślałam o nadchodzącym znieczuleniu. Za chwile pojawiła się lekarka, nałożono mi czepek, posadzono na łóżku. Najpier podała mi jakiejś miejscowe znieczulenie,a następnie wbiła się w kręgosłup. Ulga miała przyjść po 5, 10 minutach.. Jednak tak się nie stało i do dziś Piotr i ja nie potrafimy zrozumieć dlaczego.. Tyle się naczytałam o tym znieczuleniu, o tym, że traci się czucie w nogach, o tym, że jest bardzo skuteczne.. A tu nic.. W pewnym momencie zaczełam tracić świadomość, ból już był na tyle silny, że miałam, wrażenie,że zaraz pęknie mi miednica.. Zrobiono mi ktg. Skurcze 100%. Zrobiono mi badanie - rozwarcie 8cm. Piotr stara się mnie pocieszać, że jeszcze tylko chwila, jeszcze tylko trochę.. Momentami nie wiedziałam co do mnie mówi.. - jakby zaciągneła się taśma w magnetofonie.. O 7 nastąpiła zmiana położnych.. Przyszły 2 starsze babki, równie miłe i kochane.. Zaczeły obcierać mi czoło, na kroczę nakładano mi ciepłe okłady.. Łzy spływają mi po policzkach, tak bardzo chcę mieć to już za sobą.. Proszą, abym oddychała..Wiem jakie to ważne, ale nie potrafie.. Po jakimś czasie jedna z nich sprawdza rozwarcie - 10 cm!Myślę sobie,no w końcu i strasznie chcę przeć..I prę.. Słyszę, jaka to jestem silna i dzielna, że za chwile utule swe maleństwo..Czuję, jak zaczyna się przeciskać główka.. Nie pamiętam ile tych bóli partych było, ale sporo, coś około 10.. W pewnym momencie poinformowano mnie,że widać główkę i czarne bujne włoski..Położna zapytała, czy przynieść mi lusterko, żebym mogła widzieć jak wychodzi mała.. Na początku podchodzę do tego negatywnie, ale kiedy słyszę, że to pomaga - zgadzam się. P pyta czy chcę tego napewno, żebym przypadkiem nie zemdlała na widok krwi.. Za chwilę słyszymy, że krwi nie będzie, bo mam niesamowicie elastyczną skórę.. Widzę główkę mojej małej, jak się posuwa i wychodzi.. Naprawdę dodało mi to motywacji.. Położne pocieszają ,że przed 9 napewno urodzę. Patrzę na zegarek i prę jeszcze mocniej.. Później wszytsko potoczyło się już tak szybko..Nawet nie wiem kiedy położono mi Niunie na brzuchu.., a ona pierwsze co zrobiła to się posiusiała.. Tatuś przeciął pępowinę, a mi założono jeden malutki szew.. Póżniej położna wzieła moje łóżysko, włożyła do niego ręce i rozciągając je mówi do mojego męża "O jakie ładne, wzorcowe". Trochę to dziwnie wyglądało ,no ale to pomińmy.. Nie czułam już żadnego bólu.. Musicie wiedzieć dziewczyny, że to prawda z tym zapominaniem bólu, kiedy dziecko już się pojawia.. Na początku myślałam,że tylko tak mówią i piszą na pocieszenie, ale to czysta prawda.. Maja wpatrywała się we mnie swoimi wielkimi oczkami, a po chwili badała nimi otoczenie.. Na salę porodową podano nam śniadanie - rany jaka ja byłam głodna..P obdzwonił całą rodzinę i poinformował o narodzinach naszej córeczki.. Za chwilę położna wzieła małą, lekko oczyściła, podała zastrzyk na krzepliwość krwi i przystawiła mi ją do cyca.. Leżałyśmy tak sobie, a ja starałam się zasnąć.. Emocje były tak silne, że było to strasznie trudne.. Końcem wszystkiego udało mi się przysnąć na jakieś 10-15 min. Po jakiś 2, 3 godz. położna pomogła mi wstać i zaprowadziła mnie do toalety. Zważono i zmierzono małą - 2,640 kg i 49cm długości.. Po jakimś czasie przewieziono mnie i kruszynę do szpitalnego hotelu..Miałam swój pokój z tv, telefonem, łóżkiem, kanapą dla taty, stolikem, fotelem do karmienia, toaletą z przewijakiem, pampersami, peluchami, ubrankami, bielizną i rzeczami dla mnie, ręcznikami.. i tp. Byłam tym zachwycona, bo nawet się czegoś takiego nie spodziewałam.. Dni w hotelu upływały w miarę spokojnie.. Wraz z problemami związanymi z karmieniem, poczułam co to znaczy poporodowy baby=blus.. Po 2 dniach zaczełam puchąć i do tej pory mam bóle kręgosłupa, co wg lekarzy jest skutkiem ubocznym znieczulenia.. Kiedy patrzę na mojego Aniołka mijają wszelkie troski.. Teraz uczę się bycia mamą.. Nie wiedziałam, że to takie trudne, ale daję sobie trochę czasu.. Niunia uczy się chwytać cycusia.. Poznajemy siebie.. Jest taka kochana! Poród to coś okropnego.. Chyba każda, która to przeszła się ze mną zgodzi, ale da się go przeżyć! Nie bójcie się dziewczyny, że nie dacie rady- DACIE! Każda w Was da! Naprawdę!!!! A póki co wypoczywajcie i leniu****cie ile się da! Mi już teraz trudno znaleźć na cokolwiek czas, ale kocham to moje nowe, odmienione życie..