No to i ja:
Od 10:13 w piątek miałam skurcze co 15 minut a tak koło 13 już co 10 minut. Zadzwoniłam do położnej powiedziała mi żebym coś zjadła i pojechała na KTG do szpitala. I tak zrobiłam i chyba ze stresu skurcze się wyciszyły jak dotarłam do szpitala to nic sie nie działo i już byłam pewna, że wróce do domu. Zrobili mi KTG i faktycznie jakiś marny skurczyk tylko i babka do mnie mówi, że pewnie mnie puszczą do domu ale ze jeszcze mnie zbada lekarz. Okazało się ze mój gin jest na dyżurze. Zbadał mnie i orzekł 4 cm rozwarcia. I mówi, ze tu nie ma co się bawić i czekać i żeby mi dali oxy, że zostaje w szpitalu. No to ja za telefon do Miska, że rodzić będę i żeby się pośpieszył i przyjeżdzał. Gin powiedział że jak mi dadzą oxy to po godzinie przyjdzie i przebije mi pęcherz płodowy. Po czym wrócił za 15 minut zbadał mnie i stwierdził, że już przebije i jak powiedział tak zrobił. 5 cm rozwarcia i poszłam do wanny na ale tylko na 20 minut bo zaraz miałam rozwarcie 9cm, gin przyszedł i się śmieje i pyta czy nie za szybko rodzę :-)
Z wanny wyszłam i zaczęłam najpierw parłam na krzesełku porodowym, później na kuckach przytrzymując się łóżka i za chwilę hop na fotel i rodzimy. Położna chciała mnie naciąć ale mój gin jej nie pozwolił i się kłócili nade mną. Ona powiedziała, że i tak pękne a on na to, ze ma chronic krocze i mnie masować a ona nie bardzo chciała więc mój gin się z nią zamienił miejscami i mnie masował.
I za chwilkę urodziłam, położyli mi małego na brzuszek a on się zsikał

Olał mnie po prostu

Troszkę pękłam ale bardzo płytko i właściwie nie boli.
Urodziłam łożysko ale macica się nie chciała obkurczyć więc dostałam dwie kroplówy ale strasznie krwawiłam więc mnie łyżeczkowali, parę szwów i po sprawie:-)
I tak o 15 mnie przyjeli na oddział a o 17:30 miałam już mojego synka w ramionkach:-)
Poród wspominam nawet miło, o ile można to miło wspominać :-)
A mój Miś jak do mnie przyszedł na salę jeszczę tą porodową to płakał jak dziecko. I ja też :-)