Niektórzy mężczyźni przeżywają inaczej ból, stratę, smutek. Może nie rozmawia żeby się nie rozkleic, może odsuwa od siebie całoksztalt problemu. Pamiętam reakcję mojego TŻ-a. Fakt, byliśmy "na odległośc", bo on w UK, ja w Polsce, ale był skype i możliwośc rozmowy. Ja wyłam całymi dniami niemal, wszystko we mnie pękało, rozpadało się na drobne cząstki, on powtarzał "uspokój się, stało się, nic nie zmienisz" i to "zajedwabiste" "sprobujemy jeszcze, damy radę", które wywalało mi bezpieczniki totalnie. Wiedziałam, ze tak jak ja cieszył się z tego dziecka, że zwariował z radości kiedy dotarło do niego że będzie ojcem - gadaliśmy godzinami o maleństwie, przekomarzaliśmy się czy chłopczyk czy dziewczynka i nagle temat się skończył jakby wraz ze śmiercią maleństwa zniknęła pamięc o nim. Czułam się sama z moim bólem, miałam wrażenie że TŻ "odpiął" zagadnienie, przeszedł nad tym do porządku dziennego, aż raz zaczęłam kopac w temacie, powiedziałam wprost co czuję. Wiesz co mi odpowiedział? Że wystarczy że ja sie rozpadam, on musi by silny za nas dwoje, żeby móc trzyma mnie za rękę, byc obok (Tak, na odległośc, ale blisko jednak) i lagodzic mój ból bo jak sie oboje rozpadniemy to kto nas pozbiera? Więc uciekł w pracę, wynajdywał sobie coraz to nowe zajęcia, byle nie myślec o tym co się stało. Mnie wydawało się że się odsunął, a on był tylko na swój sposób.