Byłam, widziałam! Maleństwo machało wszystkimi kończynami, po czym wyciągnęło się z łapinką nad głową, dokładnie jak tatuś i nasz kot. Więc niewzruszony mąż miał lekko rozmydloną minę (pierwszy raz był na USG, niespecjalnie miał ochotę i to ja go ciągnęłam, ale teraz cos mi mówi, że już nie będzie się wzbraniał!). Cudne to było. A teraz mam wrażenie, że dotarło do niego, że to nie tylko moje dolegliwości i cackanie się, tylko konkretna istotka i jest jakiś inny. Zaczął się przyglądać brzuszkowi, że chyba już widać, i że się będą dopytywać znajomi, i odważniej mowi do mnie "wy"... Ach, cuda techniki...
Sama wizyta - nie liczę wrażeń, bo te są bezdyskusyjne - należała do średnio przyjemnych. Poszliśmy do prywatnej przychodni, bo koniecznie chciałam, żeby mąż zobaczył, no i sama byłam stęskniona, a mój lekarz uważa, że nie ma potrzreby robić często USG, dopiero na początku grudnia zrobimy połówkowe. Gabinat był zamknięty, mimo precyzyjnie umówionej godziny lekarka przyszła z kimś z personelu i 20 minut sterczeliśmy pod drzwiami, a one tam sobie pogduchy urządziły, aż się wkurzyłam i zaczęłąm się bez pardonu dobijać. Ani przepraszam, ani wyjaśnienia, do tego lekko się spieszyła i wszystko sie odbyło na odbębnego. Więc dostrzegłąm i to, że chciałą jakąś kartę, o której nikt mnie uprzedzał przy rejestracji, i to, że musiałam się upomnieć o ręczniki papierowe do powycierania żelu (i zużyłam im o wiele więcej niż potrzeba było, chi chi). Jeśli ktoś z Wrocławia byłby ciekaw, mogę podać szczegóły adresowe w celach antyreklamowych.
No, pal sześć, już tam nie pójdę, a wrażenia były jak należy.
magduśka