po dłuższej nieobecności i ja się melduję, żyjemy, ale mamy się kiepskawo- pech nas prześladuje jakis
ja-zmęczona życiem, podwójnym choć szczęśliwym maicerzyństwem, niewyspana, "zacyckowana na maksa", znerwicowana...
córcia-za miesiac przedszkole, dość grzeczna, mądra...
a z pechów-dopadła nas na wakacjach w bieszczadach jelitówka-MASAKRA! byliśmy 3 rodziny, łącznie 5 dzieci, we wtorek trafiło jedno, w środę trafiło 2 dorosłych- maluch żygnął raz, ale biegunka normalna woda! po kilkanaście razy dziennie, padł wiec pomysł powrotu do domu (mieliśmy by c do soboty), w czwartek moja amelcia od rana wymiotowała, 2 łyki, pół szklanki zwrotu- na pogotowiu nie za wiele nam pomogli, spakowałam manatki i w drogę-4godziny do domku, bardzo bałam się o bartusia i co, zaczął wymiotować z godzinę przed wyjazdem, wiecie co, wyłam i nie wiedziałam co robić, wsiadać z wymiotującym w trasę , jechać do sanoka do szpitala... zadzwoniłam do lekarza wujka, kazał jechać, uśpiłam małego bo padał ze zmęczenia i wiecie co zrobiłam-razem z przyjaciółką nad nim siedziałyśmy, zasnął, wiec aby nie spadł z łóżka połozyłam go w pokoju na poddaszu, żeby nie spadł, ponieważ zasnął tak strasznie, i nie chciałam już go ruszać to zasnął na wznak, zamknęłam drzwi i zeszłam do kuchni pakowac rzeczy, zeby spał sobie w ciszy i wiecie co, chyba mi rozum odebrało! w pokoju obok nas pakował sie nasz kolega-Amerykanin, zaniepokoiło go, że mały coś kaszle! jak wszedł do pokoju bartuś krztusił sie chyba wymiotami! zaczął krzyczeć baby-baby,(nie mówi nic po polsku), wiec poleciałam z myślą że się już mały obudził- dopiero następnego dnia opowiedział nam, że gdyby nikogo tam nie było to pewnie by sie najgorsze stało, bo zakrztusiłby się!
wierzcie mi kochane potem okropna droga, mały wymiotował co 20-30min, nie miał czym, dostał lek przeciwwymiotny wiec nie wiedziałam, czy jest senny po dipherganie czy leje sie przez ręce z odwodnienia, mąż z nerwów pomyslił drogę wyjezdżając z statoila, dojechaliśmy na 2.30 w nocy do szpitala (wujek załatwił nam szpital w bełżycach bo w lublinie tylko na zakażny kierują), mały nie miał wogóle siły, krwi do badania pobrać nie dało rady, łez nie miał, język suchy, temp 38.2- to wszystko w jakieś 6-8 godzin! i naprawdę zwymiotował tylko 3 razy i pił cyca, masakra, to co przeżyłam nie życzę nikomu, 3 dni w szpitalu, 2 litry kroplówki, na 2 dobę trafiło i mnie, po powrocie do domu trafiło i męża, uchowała sie 1 dorosła osoba! moja przyjaciółka i jak się okazało, mdliło ją (podejrzewaliśmy że też jest chora tylko nie ma biegunki) bo jest w ciaży-dobrze że w tych 1 tygodniach jej nie trafiło..........
ale sie rozpisałam.... to co przeżyłam, to kochane mam już chyba nauczkę na całe życie, nigdy nie zostawię dziecka sama, nie zlekceważę już chyba żadnych objawów-a w szpitalu nie kazali nam nic robić tylko nawadniać.
dodam, ze w badaniu nie wyszedł rotawirus wiec był to jakiś inny wirus ale dość "złośliwy"
szczerze to mam dość już wszystkiego i jestem taka wykończona, do tego mały wrócił do cycka jak noworodek, bo w szpitalu tylko pierś i kroplówki, wiec jestem cyckami umęczona na maksa.
aha, jeden plus

schudłam do 65kg wiec jeszcze tylko 3 kg do wagi sprzed pierwszej ciazy

sorki za naklepanie tyle, mam nadzieję, ze pech mnie opuści jakoś!