Justella co do mężów przed porodem to mój na razie spokojny, ale za to w pierwszej ciąży tak się popisał, że myślę na 90%, że był powodem niepotrzebnych komplikacji.
W dzień porodu upił się i strasznie mi dokuczał głupim gadaniem. Byłam i tak zestresowana, że już to ten dzień, co to będzie itd. (on twierdził, że to i tak za 3dni, bo to dzień jego urodzin, ale miesiąc inny tak na marginesie), nic się nie dzieje, a tu jeszcze to, żadnego wsparcia, tylko szpile...Po takim wieczornym zestresowaniu o 1 w nocy zaczęły mi wody odchodzić itd., ale urodziłam właśnie jak prognozował - za 3dni.
Pamięć i żal o tę sytuację zostały we mnie, nie tak to powinno wyglądać. Jak rodziłam to czułam się taka biedna, bo na tamtą chwilę byliśmy tak jakby pogniewani. O 5.10 urodziła się córka, o 6.oo przyszedł z mamuśką (bo tak pięknie jest tytułowana) obejrzeć dziecko, ale jakiś taki nafochowany był, albo mi się zdawało.
Później jak przychodził to też z całą rodzinką.
Naprawił swe błędy w kolejnym m-cu, bo naprawdę wzorowo opiekował się małą. Przez miesiąc ani razu jej sama nie przewinęłam, bo miałam stracha. Za to on prał pieluchy, bo kiedyś to głównie tetrowe się używało, prasował. Ja tylko karmiłam.
Teraz to już się dotarliśmy jak to się potocznie mówi, to myślę, że pewne problemy nie byłyby już dziś takimi wielkimi problemami...