Maglownica 7
Jak leżę w łóżku to widzę ten wyświetlacz od budzika. Czerwone, duże cyfry pływają luzem w ciemności, rzucają krwistą poświatę na komódkę na której stoi budzik i jakoś trudno ominąć je wzrokiem. Budzik pokazuje 23.59. Z łóżeczka, stojącego obok komódki słychać cichutkie „hej”. Zaglądam. Dziecko leży, całkiem obudzone. Oczy ma wielkie jak pięciozłotówki i szeroko otwarte, a na buzi wyraz radosnego oczekiwania. Wyciągam z łóżeczka, przenoszę do swojego łóżka. Dziecko rechocze. Jest północ. Pielucha wymaga zmiany. Rozpakowuję małego z piżamki i przesikanej pieluszki, a on ucieka pełznąc po kołdrze i mamlając przygotowaną suchą pieluchę. Łapię i z użyciem niemałej siły i całej zręczności jaką dysponuję pakuję w suchą ( choć zmamlaną) pieluszkę i piżamkę. Układam się obok dziecka. Mały ryjek zaczyna pomlaskiwać a łapki tarmoszą mnie za koszulkę. Głodne dziecko przysysa się do cyca, a ja opieram książkę o poduszkę męża i próbuję czytać. Ponieważ leżę na boku więc czytam zezem i pod górkę. Młody też by chciał poczytać. Nie wypuszczając cyca z łakomej paszczy odgina się łukiem do tyłu i wyciągniętymi rączkami drapie litery na kartkach. Odsuwam książkę, on wygina się jeszcze bardziej. Porzucam myśl o czytaniu. Leżę, nudzę się, dziecko je. Stopy mi marzną, kołdra skręcona jest w podwójną helisę, końcówka helisy przygnieciona jest kotem. Jak tylko próbuję ruszyć kołdrę, kot rzuca mi brzydkie, mordercze spojrzenie. Przychodzi mąż. Kładzie się z książką. Dziecko puszcza cyc, łapie tatusia za włosy pełną garścią, z radosnym okrzykiem. Usiłuje zabrać mu książkę, zdjąć okulary i wydepilować to i owo. Mam chwilę spokoju, mogę się podrapać w swędzący bok i ułożyć wygodniej. Długo ten spokój nie trwa – atakowany mąż rezygnuje z czytania i zasypia, a dziecko przypomina sobie o cycu. Próbuję namówić małego na smoczek zamiast cyca. Wyciąga z paszczy, ogląda, wsadza drugim końcem, do góry nogami, tył do przodu i na wszystkie sposoby oprócz tego właściwego. Mąż chrapie paskudnie, więc go szturcham. Jest 1.27 . Młody bawi się smoczkiem. Odwracam się tyłem do niego i biorę książkę. Dziecko odkrywa metkę od mojej koszulki. Z radosnymi kwikami i piskami tarmosi za tą metkę, ciągnie, zawiesza się na niej, mamle ją i ślini mi się na plecy. Chyba na chwilę przysnęłam, bo nagle widzę, że jest 2.34. Dziecko nie śpi, zrzędzi mi prosto do ucha, wyraźnie dając do zrozumienia, że jest głodne. Cyc. Smoczek. Gaszę nocną lampkę. Świeci budzik i fosforyzujący smoczek. Zabawa w gubienie i szukanie smoczka. Zabawa w drapanie pazurami po prześcieradle, gęsto, rytmicznie i głośno. Zabawa w plucie i skrzeczenie do mojego ucha. Mam dość. Biorę małego upiora i jego smoczek i odkładam do łóżeczka. Jak ma skrzeczeć , to niech skrzeczy tam, a ja przynajmniej będę mogła rozprostować zdrętwiałą rękę. Cisza. Zaskakująca cisza. Budzę się o 5.16. Szybkie spojrzenie na łóżko, gdzie między mną a mężem powinien spać nasz synek. Serce w gardle, bezdech z przerażenia, skok na równe nogi – gdzie jest moje maleństwo? Maleństwo słodko śpi w łóżeczku. Wracam do łóżka, też bym jeszcze trochę pospała. Jest 6.57. Z łóżeczka dobiegają odgłosy rozruchu – jakieś powarkiwanie i poskrzekiwanie. Wstaję, przytulam, układam w naszym łóżku. Mąż zwleka się i znika w łazience. Pies wściekle drapie w drzwi balkonu, słyszę jak lecą z nich drzazgi. Wyrywam cyc z żarłocznej paszczy, lecę ratować drzwi, wpuszczam psa, który jest mokry jak gąbka ale pełen godności. Z tą godnością wkracza do sypialni i zajmuje zwolnione przez męża miejsce w łóżku. Dziecko ryczy. Zmieniam pieluchę. Kupa. Na szczęście nie duża, bo łazienka zajęta. Cyc. Mokry pies turla się po łóżku i parska, więc kot gryzie mnie w stopę. 7.30. Mąż wychodzi z łazienki i zagląda do sypialni. Proszę, żeby zabrał to dziecko i psa i kota, bo ja nie żyję, ja chcę spać!!! Zabiera, a ja naciągam kołdrę na głowę i usiłuję spać, choć słyszę jak na dole mąż z synkiem słuchają Wagnera, psy szczekają, koty miauczą… Zasypiam w końcu. Śni mi się karczemna awantura z moim mężem i niekończące się zakupy w sklepie pełnym upiornie brzydkich zabawek. To ja już wolę wstać. Jest 8.30.