Bosh, a ja dopiero teraz...
Nie mam nawet kawałka mózgu...

po południu poczuliśmy się wszyscy lepiej, a że Kacper dostawał już fioła od drugiego dnia siedzenia w domu, więc ubraliśmy się ciepło i pojechaliśmy na Nowy Świat oglądać dekoracje świąteczne (rychło w czas

). Wszystko było pięknie do momentu gdy Kacper namierzył u jakiegoś bachora świecąco-migające coś i zażądał czegoś takiego już teraz natychmiast. Jako miękciuccy i naiwni rodzice podeszliśmy do Pana z takimi cudami z nadzieją, że jak Kacper sobie coś wybierze to reszta spaceru upłynie w spokojnej miłej atmosferze... O Święta Naiwności!

Kacper owszem wybrał sobie jakieś tandetne plastikowe świecidełko za dychę (!!!!

), po czym zażądał wszystkich świecidełek jakie Pan miał w ofercie

Na nic zdały się próby uspokojenia bachora - w wózku wił się jak piskorz i darł japę na całe Krakowskie Przedmieście, na rękach ledwo P. był go w stanie utrzymać tak się wiercił, a postawiony na własne nogi wyrywał się do stoisk ze świecidełkami... Do samochodu biegliśmy, przy akompaniamencie darcia, obrzucani współczującymi spojrzeniami przechodniów...

Do domu dotarłam z.*****a jak koń po westernie... A miał być miły rodzinny spacer, zakończony miłą kolacją w knajpie na Starym Mieście... Tia...
Po powrocie do domu bachor zmienił się w słodkiego grubaska i pięknie bawił nowym święcącym badziewiem i klockami

całkiem grzecznie poszedł spać o stałej porze... po czym po godzinie przylazł do nas i zamierzał się nadal bawić...

Powtórne usypianie go trwało 2,5h...

a zaprezentował cały komplet - darcie, uciekanie, walenie w drzwi sypialni, symulowanie wymiotów (widzę, że nie tylko jemu się to zdarza

), aż w końcu przylazł, położył się i zasnął...
Głowę miałam tak kwadratową, że poszłam z psami na pół godziny na spacer, żałując, że już nie palę :-) (dobrze, że wszystkie sklepy już pozamykane, a na stację nie chciało mi się dygać...).
Poszłabym spać, bom padnięta,, ale muszę się chwilę nacieszyć ciszą i spokojem...
edit, bo spać nie poszłam ;-)
Księdza nie przyjmowaliśmy ani razu - w tym roku P. zaczął coś przebąkiwać, że może by jednak,skoro ślub na horyzoncie

ale zaczęliśmy sobie wyobrażać jakby to wyglądało - przy nielicznych odwiedzinach w kk Kacper wytrzymuje max. 10min, przypuszczam, że na widok księdza mógłby wpaść w lekką histerię... A już na pewno szału dostałyby psy - facet w sukience to coś zdecydowanie podejrzanego dla nich, więc pewnie szczekałyby przez całą wizytę duszpasterską
kłaczek - padłam

ale na FB nic mnie nie zaskoczy...

ostatnio koleżanka z pracy, fajna, normalna i bardzo inteligentna dziewczyna wrzuciła na FB zdjęcie swojej zabandażowanej stopy z zameldowaniem w Szpitalu Ortopedycznym i podpisem, że w końcu pozbyła się swojego "Gongliona". Pojawiło się mnóstwo komentarzy, z których dowiedziałam się, że "Gonglion" to jakaś dziwna narośl na stopie, która od ponad roku utrudniała jej noszenie krytego obuwia...




Już nigdy nie będę mogła z nią rozmawiać w pracy nie myśląc o tej narośli na stopie

Powiedźcie mi - po co wrzucać takie rzeczy?
