Przyszedł i wyrwał mi poduszkę spod głowy.Półprzytomnym spojrzeniem odnalazłam budzik - no żesz kufa mać, 4.03...Poduszka poleciała na podłogę. Rozdeptał mi nos i zapalił nocną lampkę, która zaświeciła mi prosto w oczy. Stąpając po moich włosach przemieścił się na drugą połowę łóżka. Radośnie zaćwierkał " tata!" i wsadził Adamowi palec w oko. Zapalił drugą lampkę, kopnął Adama w brzuch, sturlał się na podłogę i włączył wzmacniacz. Ryknęło Haydnem, pies spadł z pufy, Adam na oślep macał w poszukiwaniu pokrętła do regulacji głośności. O rany... wrócił. Usiadł mi na żołądku i zaczął podskakiwać. Przyniósł twardą książkę formatu A4, rozłożył mi na twarzy i zaczął w nią postukiwać palcem, domagając się żebym komentowała obrazki. Wstał i depcząc po mnie kręcił się, rozpaczliwie nawołując pluszowego ślimaka. Ślimak - powiedziałam - zapewne grzecznie leży w łóżku i śpi. I nie włazi swojej matce na głowę, bo po pierwsze jego szczęśliwa matka może schować się do skorupy, a po drugie przypuszczam że porzuciła go jak jeszcze był galaretowatym jajem i ma kobita święty spokój. Wysłuchał z uwagą. Poszedł po ślimaka, przyniósł go i kazał mi przytulać. Położył się... Najpierw gadał coś o ślimakach , ale po chwili zasnął. Wyglądał tak słodko... Nasyciłam wzrok cudnym widokiem, zgasiłam nocną lampkę, zamknęłam oczy i oberwałam piętą w ucho. Odwróciłam się tyłem - w tej sytuacji lepiej nadstawić drugie ucho - i chyba przysnęłam. Obudziło mnie zimno - zdarł ze mnie kołdrę i odkopał gdzieś w nogi łóżka. Sięgnęłam po kołdrę. Spojrzał na mnie bystro, wyskoczył z łóżka ( tratując mi tym razem pęcherz), podniósł poduszkę z podłogi, narzucił mi na głowę i zaczął się po niej tarzać rechocząc. Dyskretnie wypełzłam spod poduszki, szepnęłam psu do ucha żeby się troszkę posunął i zwinęłam się w kłębek w nogach łóżka. Przynajmniej miałam się czym przykryć i chyba zasnęłam, bo jak otworzyłam oczy to Haydn już nie grał budzik pokazywał 8, a on stał nade mną i wrzeszczał " MAMA, KAUKAU !!!".
Majuska - dobrze, że już wychodzicie. Zaraz lecę foty obejrzeć.
Anko - współczuję... zgroza, takie coś nie wiadomo skąd...Mam nadzieję, że to się nie powtórzy.
Andzike - ech, biedaku... i długo jeszcze taki stan rzeczy ma zamiar potrwać?