Dzien dobry po stosunkowo interesujacej nocy...
Wrocilismy wieczorkiem od Almy. Cos kolo 9:30... Za sciana impreza grana i pita, zdecydowanie malo kameralna, a na pewno nie dyskretna. Ok... Bylismy grzeczni do 1:00, ale pamietajac poprzednia imprezke urzadzona przez tych samych sasiadow, a raczej ich mlodsze pokolenie i trwajaca do 8:00 rano, tyrknelismy na "wladze". Kurcze, nie dogadam sie z tymi sasiadami - po angielsku nie wiem czy gadaja, ich rodzimy jest jakis... wschodni ale nie rosyjski, nie ukrainski, choc brzmiacy podobnie, ale z innym slownictwem - nie kumam. Po drugiej stronie tych sasiadow mieszkaja Barry i Marion - starsi, mili Anglicy. Tez mieli przechlapana nocke. Ano... Zanim wladza przyjechala, imprezka przeszla w bijatyke - cos (raczej ktos) polecialo tam po schodach, lomot jak diabli, krzyki w zupelnie innym niz dotychczas tonie, ktos zaczal wolac o policje... Grupka mieszanego towarzystwa wyszla na ulice i glosy oddalily sie... Przyjechala policja, dobijali sie ale nie zostali wpuszczeni, zaczekali na wsparcie bo z domu dochodzily odglosy mordobicia, a ich bylo ledwie dwoch. Przyjechalo wsparcie, cos tam podzialali i pojechali. Po moze pol godzinie awantura sie rozwinela z powrotem - krzyki w domu i przed domem, jakis konkretny raban, wiec wyjrzelismy przez okno czy cos sie z autem nie dzieje. Dzialo sie, tylko nie z naszym - audi sasiadow wlasnie obrywalo pozbywajac sie przednich drzwi i szyb. Z domu wylecial mlodzian z kuchennym nozem i pognal w glab ulicy, wyleciala kobieta wzywajac policji... A, to akurat dalo sie zalatwic. Przyjechaly 2 male radiowozy i dwa duze, policjanci z psem. Byli dlugo... Gnojka z nozem chyba nie znalezli, ale kolo domu wciaz krecily sie grupki mlodych facetow - takich 20 z malym +. Zrobilo sie cicho, cos sie tlukli po sasiedzku w drzwi i w domu, ale poszlismy spac bo bylo po 4:00 juz - kiedys by sie czlowiek przespal... No, tak do 5:30 prawie, bo wtedy cos na ulicy dupnelo konkretnie. Wiec zryw i do okna - wszak tam nasze autko stoi przed domem. Najpierw myslalam ze mgla, ale to byl dym. Kolejny huk i snop iskier niesiony podmuchem... Audi sie palilo jak wsciekle, policja wlasnie podjezdzala, za chwile byla straz pozarna, w domu jasno od kogutow... Rano wyszlismy looknac. Audi wypalone doszczetnie, obok porzucony zakrwawiony noz. Duzy, pilkowany, kuchenny... Drzwi do domu sasiadow rozwalone i wstawiona "na rozpaczliwca"... Niezla imprezka byla.