Ollena, ja nie mialam fizycznie czasu na siebie. Po prostu. Dzieciaki mi sie trafily dosc szczegolne - z jednym od piatego roku zycia latalam po szpitalach, z drugim od 10 po festiwalach, w miedzyczasie musialam sprostac specyficznemu rozwojowi najstarszego i zwiazanymi z nim problemami. Geniusz w domu to tez jest problem, wbrew pozorom cholerny w zderzeniu z procedurami edukacyjnymi. W dodatku geniusz dysharmonijny rozwojowo. Dwoje dzieci "normalnych" na 5, ale te "zwykle" tez wymagaly uwagi i czasu. No, i tez mialy jakies zainteresowania, ktore chcialo sie rozwijac - a to plastyka dodatkowa, a to aikido... Plus jakas praca coby z glodu nie zdechnac i... sila rzeczy zapominalam ze jest swiat poza dziecmi. To nie byla swiadoma rezygnacja, tylko jedna wielka niewyroba po prostu.
A to co jest teraz... Wiesz, to zupelnie inne zycie, w ktorym radosc jest dzielona i smutek jest dzielony, dziecko oczekiwane przez ojca tak, jak tamte nigdy nie byly oczekiwane... Ja dopiero teraz poznaje jak mozna byc kochana, jak mozna nie tylko dawac, ale i otrzymywac, jak mozna czuc oparcie w mezczyznie. Jak to jest, kiedy glupie ugotowanie obiadu przestaje byc cholernym obowiazkiem a staje sie przyjemnoscia robienia czegos dla kogos, kto w codziennych, drobnych gestach okazuje milosc, troske... ech... pieprzy mi sie dzis... cos mi poszlo po "miekkim". pewnie hormony.