Majuska bo "ogry sa jak cebula"...;-) Ja juz znam siebie, wiem gdzie mam dobrze, a gdzie musze uwazac. Wiem, ze z jednej strony potrafie prosto po wypadku wsiasc na ten sam motocykl i mimo bolacego ryja "dokrecic" pol nocy w drodze, ale tez wiem ze latwo "lapie dola" i wtedy musze uwazac, od razu reagowac bo jak sie zakopie to nie ma przebacz. Pare lat treningu jaki urzadzil mi moj eks dokonczylo dziela rozpoczetego w dziecinstwie, kiedy mialam problemy z akceptacja w grupie rowiesniczej, zawsze inna, zawsze dziwna, zawsze z boku i w dodatku mlodsza od wszystkich w klasie, nie calkiem dziewczyna a przeciez nie chlopak. Problemy z samoocena + kilka lat w przemocowym zwiazku, potem kolejne lata walenia glowa w mur i spinania sie zeby ogarnac, zeby nadazyc, zeby zapewnic dzieciakom chocby minimum, co nie zawsze sie udawalo, wiec branie po ryju poczuciem odpowiedzialnosci i tak sie to skladalo latami. Ktos kiedys powiedzial ze deprecha to nie problem ludzi slabych, tylko tych ktorzy za dlugo byli silni - nie taka glupia mysl. Pierwsza rzecz, jaka musialam opanowac na terapii, to pozwolenie sobie na slabosc - bo nie moge byc wszystkim dla wszystkich. Bo jesli mam sie gryzc problemami kolezanki, ktora de facto ma o niebo latwiej niz ja, ale uzywa mnie w charakterze sciany placzu, to powinnam jej powiedziec (zamiast zalic sie z nia nad jej losem) ze z nas dwoch to ja mam przeje...e i mam dosc swoich problemow zeby sie jeszcze jej sprawami obciazac. Ze nie musze "zbawiac swiata" kosztem wlasnych emocji, wlasnego zdrowia, ze nie moge odpowiadac za wszystko co spotyka mnie i moja rodzine bo zwyczajnie nie mam na wszystko wplywu i nie moge chronic moich dzieci centralnie przed wszystkim i "sprzatac" za nimi jak tylko sobie przysraja bo po pierwsze nie ogarne wszytkiego i tylko sie zagryzam, po drugie dzieci nie naucza sie ponoszenia konsekwencji swoich bledow. Ano...