Ja sobie powtarzałam, że nie wpadnę w pułapkę testów domowych i jeśli zdarzy mi się zajść w ciążę to zrobię badanie z krwi. A potem okres spóźniał się 4 dni. Dałam sobie czas do 30 dnia cyklu, bo sporadycznie zdarza mu się tak przesunąć i złośliwością natury wypadło w weekend. Cierpliwości już mi zabrakło, więc wysłałam męża po test, nawet nie czekałam na poranny mocz, z biegu zrobiłam. Pokazał jedną słabą kreskę, chciałam potwierdzić drugim, ale lipa - uznał, że nie jestem w ciąży. W niedziele z rana kolejny test - niby wyszedł pozytywny. Dopiero w poniedziałek po 15 miałam 100%, że to ciąża (mąż odebrał wyniki bety).
A teraz gnam męża, żeby test kupił, bo chciałabym na dzień/dwa już zrobić, żeby zobaczyć czy nastawić się na okres, czy na ciążę. Ma to znaczenie dla mnie o tyle, że albo już wtedy zacznę brać leki przeciwbólowe, których nie polecają w ciąży stosować, albo z nich zrezygnuje.
I tak się kończy moje "nie ufaj testom domowym". Niby mogłabym w piątek skoczyć na betę, ale miałabym mega wyrzuty sumienia, jakby wynik wyszedł negatywny (jest różnica w wydaniu 5 zł, a 33 zł). Chociaż... Może jednak skoczyć w piątek i mieć 100%, niż zaufać testowi domowemu i zacząć brać leki...?