O, juchu, to masz dobrze. Mój mąż się jak zwykle z niczym nie wyrabia, więc u mnie to wygląda tak. Wstaję, pędzę mu zrobić śniadanie przestępując z nogi na nogę, bo mi się siku chce, ale jak mu nie zrobię to sam sobie niestety nie zrobi bo się nie wyrobi. Przepłukuję się, sikam, myję zęby, ubieram się i lecę z psem na spacer, bo przecież nie mam co liczyć, że mąż zdąży, nigdy mu się rano nie zdarzy zdążyć. Potem wychodzę z domu, 10 minut później jestem na przystanku, 40 minut od wyjścia jestem w przychodni, gdzie stawiam się paniom z tymi moimi uroczymi, tłustymi włosami i mam ochotę się zapaść pod ziemię

Potem kolejne 40-60 minut powrotu do domu (zależnie, czy trafię na autobus, czy będę na niego 20 minut czekać

) I potem dopiero wskakuję do wody na szorowanie łba i suszenie, żeby doprowadzić się do stanu używalności. No, chyba, że wiem, że już nie będę danego dnia ludzi oglądać, to sobie ten łeb odpuszczam, bo niby się mówi, że jak się rzadziej myje to i mniej się będą przetłuszczać, ale jakoś nie przynosi to u mnie większych efektów.
A z tą wagą to mi cały czas po prostu leży na sercu, że między 14 czy tam 15 a 19 tygodniem przytyłam 3,5 kg a między 19 a 23 tylko 0,5, więc gdzieś mi po głowie się kołacze pytanie, czy coś nie jest nie tak. Ale może ten pierwszy skok to była kwestia tych wszystkich płynów fizjologicznych i krwi, większej objętości biustu itp. a teraz będę przybierać jakoś mniej? Mam nadzieję. W końcu maluch się rusza bardzo ochoczo, czuję go już momentami na wysokości pępka, więc chyba jest ok? Sorry, że tak ględzę, ale komuś poględzić muszę, mężowi nic nie mówię bo zaraz by na zawał zaczął schodzić, jakby się dowiedział, że mnie coś martwi w kwestii ciążowej. Swoją drogą strasznie fajne uczucie, że mi maluch już pół brzucha zajmuje
