Loi, a czemu do dzisiejszej już nie? W końcu to ona miała lepsze wieści

Ja się musze jakoś zapisać na wizytę i znowu, jak co miesiąc, mi się nie chce. Chyba przede wszystkim dlatego, że wcześniej trzeba tę całą procedurę z badaniami zrobić. Znowu pędzenie z pustym żołądkiem i z sikami w słoiczku. Ja nie wiem, jak Wy się organizujecie, ale ja np. nie umiem zupełnie. Na te badania to trzeba z samego rana jechać. I jak już się nasika to trzeba jak najszybciej dostarczyć próbkę. I nigdy nie wiem, jak ja mam zdążyć już po nasikaniu umyć się, wysuszyć łeb, wyprowadzić psa i przetransportować się do przychodni oraz odczekać swoje w kolejce i zmieścić się w czasie. Kończy się tym, że psa wyprowadzę, raptem się pochlapię wodą, łeb myję po powrocie a tak to pędzę do przychodni, co bez samochodu znowu nie jest łatwe, bo za blisko nie jest. Wiem, wiem, marudna jestem. Ale jakoś skoro na regularnej wizycie i tak nie podglądamy malucha i w zasadzie nic wielkiego się nie dzieje to mi się leń załącza i nie chce mi się znowu przez tę całą procedurę przechodzić

Co innego w pierwszej ciąży, gdy miałam przychodnię pod nosem i nie wymagało to takiego zachodu. Najgorzej jednak, że to rozbija mi dzień, bo mam w zwyczaju zaraz po wstaniu jeść śniadanie, to jedna z pierwszych i najważniejszych dla mnie czynności. Od razu po wstaniu jestem głodna. A na morfologię przecież jadę na czczo. I naprawdę przez to mam potem cały dzień do d..., bo się rozreguluję. Zastanawiam się, jak ja kiedyś "za młodu" funkcjonowałam, bo kiedyś w ogóle śniadań nie jadałam. Najpierw paliłam papierosa, potem piłam kawę. Brrr. Teraz bym chyba umarła.