MisiaMonisia a jaką objętość ma jeden bidon?
Mamcia sto lat szczęścia dla synka
Powiem Wam, że wczoraj przypomniały mi się czasy, kiedy teściowa doprowadzała mnie do białej gorączki... Pół dnia męczyłam się z Olkiem, jęczał, marudził, chciał, żeby go nosić... Nawet na siku nie mogłam iść ani się napić, nie wspomnę o jedzeniu... Jakaś masakra. Byłoby mi ciężko bez brzucha, a tu jeszcze z całkiem pokaźnym brzuszkiem... Leżeliśmy z Olkiem przed telewizorem i oglądaliśmy bajki. On oczywiście na mnie. W końcu zasnął. Mi też się zaczęło przymykać oko, oboje byliśmy umęczeni. Nagle rumor, walenie w szyby, pukanie butami, drze się "jest tu kto??" Oczywiście teściowa subtelnie dawała znać o swoim przyjeździe. Ten leży na mnie, nawet nie mogę krzyknąć do niej, żeby się zamknęła, bo wtedy sama bym obudziła Olka. Wpada przez taras rozkrzyczana, mówię, że Olek śpi, ona oczywiście nie słyszy, bo sama się za głośno wydziera, nic do niej nie dociera. Olek zaczyna się kręcić, otwiera oczy. Teściowa w końcu patrzy i "ups!" No faktycznie, wiele mi po jej ups. Więc dawaj szeptem, co mu jest, 10 razy się pyta, czy na pewno nie ma gorączki. Ja nie mogę za bardzo mówić, bo Olkowi się głowa kiwa, może by pospał jeszcze. Na końcu języka miałam słowa, żeby wyszła. W końcu powiedziałam, żeby sobie ciasta zjadła w kuchni i dała nam chwilę spokoju. Niestety Olka już tak rozbudziła, że znowu zaczął jęczeć, marudzić. Ta go szarpie, "chodź do babci", więc on już nie jęczy, ale się wyrywa i zaczyna się drzeć. Mówię, żeby dała mu spokój, ona "ale ja się chciałam poprzytulać". Mówię, że jest chory i ma mu dać spokój. To teraz uwaga... Jak nie mogła dręczyć Olka, to mi dowaliła. A ten taras taki brudny, a muchy tu srają, a od sąsiada smród z obory zalatuje (u niej z obory tak śmierdzi, że człowiek na podwórku nie może spokojnie posiedzieć), a daj wiaderko, to umyję taras, przecież to niemożliwe, żeby się nie dało tarasu umyć, a gdzie to wiaderko, a daj płynu do naczyń, bo muchy nasrały, przecież po płynie do naczyń nic się nie będzie pienić! I tak z godzinę stała nade mną. Ja z tym dzieckiem, nie wiem, jak się nazywam. Miałam ochotę usiąść i płakać. W końcu Olek trochę lepiej zaczął wyglądać, więc wsadziłam go do fotelika i karmię. Przylazła z dworu (w butach po moich jasnych kafelkach) i przekłada mi garnki w kuchni. Moja mama nie bywa u nas często, ale dwa razy wystarczyły, żeby nauczyła się, gdzie co leży. Teściowa do tej pory potrzebuje gps, żeby znaleźć szklankę. Ale zdejmuje mi naczynia z suszarki, kapie wodą po podłodze (po moich jasnych kafelkach) i rozdeptuje butami tą wodę, robi stemple w całym domu (na moich jasnych kafelkach), rozkłada po wszystkich balatach naczynia, które elegancko stały na suszarce i nikomu nie przeszkadzały... Ja już na skraju wytrzymałości...
Nie wiem, jak wytrzymałam to 6 miesięcy, kiedy niewyspana i umęczona musiałam to znosić 8 razy dziennie dzień w dzień... Jeszcze chwila i okrzyknęliby mnie świętą
