Witajcie,
tak sympatycznie teraz na tym wątku, że nawet przez tą "hiperprodukcję" przebrnęłam. Wpadłam, bo może się na coś przydam komuś jeszcze no i mnie też lepiej, bo ciągle mnie boli to, co już powinno trochę przestać. No cóż, widać u mnie musi minąć więcej czasu. Dobrze, że mam teraz pomoc babci, to nie dręczę Małej swoim nastrojem, kiedy mnie dopada.
Rzeczwiście chyba łatwiej zajść w ciążę po poronieniu, podobno organizm jeszcze wtedy pamięta. Mnie się udało niespełna 9 tyg. od zabiegu i był to jeden jedyny raz i to kiedy teoretycznie powinno być bezpiecznie, zaraz po @.
syla - ciężko mi wyobrazić sobie twój ból, bo Niucha była już taką dużą dziewczynką, ale widocznie tak musiało być. Jesteś dzielna i silna, a do tego całkiem niezła "dupcia" na tych fotkach. I będziesz najwspanialszą mamą pod słońcem dla drugiej Dzidziuchy już niedługo.Czas szybciutko leci.
Ja w pierwszej ciąży pomyślałam sobie, że to nie choroba i robiłam wszystko jak by jej nie było. Pracowałam do upadłego, siedziałam po nocach, żłopałam kawę na hektolitry itp itd. i tak strasznie się cieszyłam tym naszym upragnionym maluszkiem aż do chwili...
Potem byłam już taka spokojna i w tym szpitalu i w ogóle, jakby to wszystko było poza mną. Robiłam, co mi kazali, ale na szczęście pod narkozą. Nie pamiętam nic tylko drogę na blok operacyjny, drogę przez oddział noworodków. To zapamiętam na zawsze i już to kiedyś pisałam- nie było mi to potrzebne. Prowadził mnie taki młody stażysta i stanęliśmy przy szybie za którą kwiliły noworodki, inne jechały w tych koszyczkach do karmienia. Pokazał mi je, a ja patrzyłam i po polizkach płynęły łzy. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że ja idę na zabieg, że nie będę miała takiego Niucha, że to było Moje dziecko i że Ono nie żyje. Potem ryczałam, ale dopiero w domu, nie chciałam, żeby ktoś patrzył na mój ból. Od dnia powrotu do domu nie mogłam się skupić na niczym, nic mnie nie cieszyło. Liczyłam dni w kalendarzu i zakreślałam w kolejne linie. O badaniach i rozpaczliwych poszukiwaniach kolejnych lekarzy też chyba tu elaboraty napisałam, ale udało się.
I w dniu, kiedy zobaczyłam dwie krechy znowu mocniej zabiło serce i było dobrze i morze radości do pierwszych plamień. Potem szpital jeden, drugi, trzeci i wreszcie w 12 tyg. powiedział mi jeden z "tych z powołania" że z tego już nic nie będzie, a ja położyłam się plackiem przed kompem i znalazłam lekarza o którym Dziewczyny na forach pisały Człowiek-Anioł i tak było. Przez kolejne tygodnie dawał mi nadzieję. Ratował mi Niunię wspierał, tłumaczył. Nie mogłam zrozumiećć, że leżeć znaczy leżeć i nie ruszać się, bo ja dlaczego, taka aktywna? Ale wierzyłam mu i kiedy w 34 tygodniu, po kolejnym USG powiedział: wygraliśmy, jest już silna!- uwierzyłam, że ją urodzę i zaczęłam biegać do pracy. Znowu ból i leżenie, szpital, ale dotrwałyśmy, a potem nie chciała wyjść i dosiedziała uparciucha do 40 tyg.
Tak więc wierzę, że kolejnym Mamusiom się uda, bo trzeba powalczyć, zaczekać, wytrzymać- nagroda jest współmierna do tego wszystkiego i za to wszystko.
A co do mleczka- ja nie karmię Małej, ale walczę z mleczkiem. Koszmar i megawyrzuty sumienia, a ja niby matka nie mogę nic zrobić. Nie mogę jej tego dać, nawet mimo tego, że mam ją wtuloną w siebię. Przeokropne uczucie. Chyba skończy się u mnie jakimiś prochami, bo z tym mi ciężko dać sobie radę.
Buźki i pozdrowionka.