Tak staram się to też sobie przetłumaczyć. I to nie jest tak, że on mnie nie wspiera. Stara się. Choćby cierpliwie znosząc moje łzy, czy napady furii (co przychodzi mu z trudem, bo do tej pory znał mnie jako osobę bardzo spokojną, którą trudno wyprowadzić z równowagi). Dobija mnie tylko to, że jemu się wydaje, że minęło już tyle czasu, że powinnam wrócić już do normalności, do życia sprzed ciąży. Bo przecież o tym, że jestem w ciąży wiedziałam tylko tydzień. A potem już było po wszystkim... A dla mnie to nie jest takie proste. Zwłaszcza przy tym wysypie ciąż wokół mnie. I porodów. W czwartek urodził się syn koledze, w piątek córka koleżance... W wakacje urodzi siostra M...
To prawda, że chyba pod tym kątem patrząc my, które straciłyśmy Malucha tak szybko, tą kulminację stresu szybciej zakończymy. I może faktycznie po terminie wcześniejszego poronienia, łatwiej będzie nam uwierzyć, że teraz będzie ok. Ale i to nie do końca. Strach będzie już zawsze. Aż do końca...
Głowa do góry Haniu. Będzie dobrze, zobaczysz :-)