Lina! Włóczykiju jeden!

Po raz to super że się Wam zaczyna fajniej splatać - cieszy jakniewiemco. Po dwa to ja prosta baba jestem i od dużej ilości cukru w lukrze potrafię się porzygać, więc używam słów kolokwialnych, w porywach do wulgaryzmów. "Na wizji" potrafię też używać Międzynarodowego Gestu Przyjaźni, polegającego na wystawieniu dużego palca z zaciśniętej pięści (i nie chodzi wcale o kciuka) i fogle mam bardzo porządną skorupkę a la stary bosman. No, tylko nie palę fajki bo to na cerę szkodzi.
A tak w ogóle to mnie ciutkę nie było bo się na pracy koncentruję - dzieciakom pralka zdechła, o opale pora by pomyśleć póki sezon, więc zasuw na piątym biegu. Generalnie fajnie jest, pomalutku moje kochanie organizuje przejazd. Wczoraj z rzeczy fajnych, z których jestem dumna, udało mi się wrócić do domu. Na Cubie, 50 parę km w cholernej burzy, a ja - głupia Kinga, głupia - wybrałam się w dżinsach, podkoszulku i balerinkach. Bo rano było ładnie! Pierwszy postój jeszcze w KRK, kiedy przejeżdżający sąsiednim pasem samochód wyrzucił wodę z koleiny i omal mnie nie przewrócił tym bryzgiem. No i lało tak, ze nie widziałam gdzie jadę. Popuściło to ruszyłam dalej. W połowie drogi tankowanie i przerwa na negocjacje z Celsjuszem bo mi się dygotka włączyła co na motorku może skutkować zaliczeniem rowu - mam to przećwiczone, jakby się nie starał, urazowiec plastykę spieprzy, a potem trudno tłumaczyć sąsiadom że to nie była kwestia za słonej zupy/nerwicy ślubnego. Pan na stacji paliw był miły, powiedział ze sam sobie tę kałuże pościera.

) Dalej jechałam 60km/h, uważnie ślepiąc na drogę bo woda podnoszona przez jadące z przeciwka samochody, powodowała że światła następnych aut oślepiały - drobny mankament braku wycieraczek na kasku. Dojechałam po 21:00, zmarznięta jak pies, zmęczona jak koń w kieracie. Ale dojechałam. I jakoś mi nie tęskno za powtórką z udowadniania sobie jaki jestem twardziel.

)