Spoko, Laski. Co powiedzieli w szpitalu? Ano, że mam 3 opcje. Albo siedzę w domu i czekam odstawiwszy luteinę aż się "cyrk rozkręci", a za 2 tygodnie wpadam na scan i patrzymy czy wszystko sobie poszło, albo idę do szpitala i dostaję piguły po których zostaję w szpitalu na 2 dni, albo dzwonię że chcę zabieg i przychodzę rano, wychodzę wieczorem. Mam czas na podjęcie decyzji do jutra bądź poniedziałku. Teraz tak: Jeśli zostawię sprawę naturze, to będzie się wlokło (ktoś wie ile?) a i tak może się skończyć zabiegiem, ale jeśli obejdzie się bez, to chyba wersja najlepsza pod kątem następnych starań. Jeśli pójdę po piguły to też będzie się wlokło, a położą mnie na dwa dni, co oznacza że z moim angielskim przez dwa dni będę się czuła jak ostatni debil - odpada zupełnie bo niczym się chyba (jak jest inaczej to poprawcie) nie różni od puszczenia na żywioł - i tak będzie się wlokło i tak. Jeśli zdecyduję się na zabieg to będzie lekko łatwo i niemal przyjemnie, wrócę do formy natychmiast i będzie "z głowy" ale przeorzą mi macicę co nie sprzyja kolejnym staraniom. Cd. Mam zabukowany na piątek bilet do Polski. Autokarem. Jeśli pójdę na zabieg, nie ma problemu - w poniedziałek na stół, do piątku jak młody bóg, ale ze staraniami trzeba by poczekać znów z 5 miesięcy - a mój czas jest krótki jeśli jeszcze jest. Jeśli zostawię temat naturze, nie ma mowy o wyjeździe bo może się okazać że wyląduję w szpitalu gdzieś w Europie z krwotokiem na przykład. Z resztą nie bardzo wiem jak w autokarze zmienić "pieluchę". ;-) A nie sądzę żeby się często zatrzymywał.
Staram się nie myśleć emocjami. Złapałam się jednego - puste jajo, czyli nie było dziecka, czyli nie było śmierci jako takiej. Po prostu mam do wywalenia z siebie trochę komórek którym się DNA z RNA popieprzyło, ale nigdy nie pojawiło się tam serduszko. Cholera i tak mi "rzadko". Staram się rozważyć opcje, ustalić plany, zorganizować na nowo wszystko co dotąd było organizowane pod kątem ciąży. Pochować misie...