Aga_cina, moj problem to Chinczycy. Nie bylo tak, dokad sie cyrk z nimi nie zaczal, dawalam sobie rade z "ciazowa schiza". Miewalam koszmary, ale rzadko -teraz Rajmund budzi mnie po kilka razy w nocy, jestesmy oboje niewyspani... Kicha jakas.
Aga, ja mysle ze skoro masz ja w d.. to szkoda sliny na dyskusje. Olalabym totalnie, ale tez bardzo rozluznila stosunki. Czyli chlodno i uprzejmie i nic bardziej zobowiazujacego w rozmowach od pogody. Albo sie domysli i sama zniknie, albo... kij w ryj.
Shehzadi, mam, zamiar isc do GP - nie radze sobie ze stresem. Potrzebne mi wsparcie. Taka wizyta moze dodatkowo skutkowac zaswiadczeniem przydatnym na policji - i to jest moj pomysl na "dosmaczenie" tematu. To im nie pomoze.
Bibiana, ukrywali bo nie potrafili znalezc odpowiedniej chwili, a potem juz i tak bylo za pozno. Nie szukaj logiki bo jej tu nie ma. Najpierw nie chcieli zranic, potem moze nie wiedzieli jak powiedziec ze to juz od dawna... Ty wiesz, jak reagujesz na cudze ciaze, oni niekoniecznie. Uwierz mi, sama mialabym problem. Jak powiedziec matce, ktora wlasnie stracila dziecko? Jak? "Hallo! Jestem w ciazy! Cieszysz sie ze mna?" Boze! Nie umialabym chyba znalezc slow, popatrzec w oczy... Wydawalo by mi sie ze ja jej tu pierdziele o swojej ciazy a jej sie serce rozpada z zalu za swoim dzieckiem. Bibiana, sorry... Mam teraz oczy w mokrym miejscu i... Nie umiem Ci tego wytlumaczyc precyzyjnie, ale po trosze rozumiem tych ludzi.
Anulka, roztapialam czekolade ale na drugi raz spokojnie mozesz uzyc gotowej polewy. Z malibu przesadzilas, to i nie "siadlo". Probowalabym improwizowac "przerabiajac" mase na taka na parze - moze by sie uratowala.
Ilona, cos dziwnie masz. Mialam pierwszy po cis 40dniach, no, pozwolil sobie, ale potem nastepny juz zgodnie z moimi cyklami - mocniejszy niz zwykle, ale nie dluzszy. 2 tygodnie krwawienia to jakas przeginka.
Zjola! I to jest dokladnie to!!
A ja sobie dzis powedrowalam do Brigg. Open day w Cat Protection i MUSIALAM zobaczyc. POmijam fakt, ze znajomi wrocili z podpisana umowa adopcyjna na slicznego szkrabika - dymny a bialym, 6 tygodni, slodziutka sierotka bez mamusi chowana. MIal jeszcze 3 siostry, jedna mialam na rekach, szalona mordowala mi zakiet i polowala na wlosy, mruczac przy tym tak smiesznie jak pyrkoczacy na wolnych obrotach silnik. Natomiast powalil mnie Charlie. POwalil na kolana, gdyby nie nasza banda, wrocilabym do domu z nim. Nie wiem czemu nie byl wystawiony do adopcji - ogromny, dlugowlosy, puchaty, nie bury - ciemny braz w czarne pregi, z bialym sliniakiem i bialymi skarpetkami, 5-cio letni kocur. W czyms w rodzaju woliery. Cudowny. Oczywiscie wlazlam do niego. Pozwolil sie glaskac, lekko ugryzl w reke - nie sadze zeby to byl taki przyjazny gryzek, raczej ostrzegawczy - ale nie byl agresywny, nie drapal, nie okazywal leku. Lekko bil ogonem, czyli nie do konca mu sie podobalo. Oczarowal mnie. Wyglada na mix NFO. Jest bajeczny.