Moje dziecko (lat 5) jest chore średnio raz w roku. Co więcej, w okresie ubiegłych świąt Bożego Narodzenia cała rodzina poległa na grypę, gorączki prawie 40 stopni u mnie (w 4miesiącu ciąży byłam wtedy) i u męża. Zdychaliśmy chyba przez tydzień i skończyło się na antybiotykach, a nasz starszy syn nic. Nawet nie zakaszlał. Nie daję mu żadnych witamin, więc nie wiem skąd w nim taka odporność ale oby to trwało jak najdłużej. Być może powodem są kąpiele w zimnej wodzie (gdy jest gorąco rzecz jasna), Kacper najchętniej nie wychodziłby z wody... on to chyba będzie morsem kiedyś, jak słowo daję. Lody je nawet w zimie, wychodzi po kąpieli na dwór... (wiem, powiecie że jestem wyrodną matką ale to wszystko właśnie, takie detale, wpływają na podnoszenie odporności bez wspomagaczy w postaci witamin i syropów). Po domu biega bez skarpetek, w krótkich spodniach i najlepiej bez koszuli. I zawsze mu ciepło (podobno).
Zmuszenie go do założenia czegoś grubszego graniczy z cudem. Najczęściej śpi w samych majteczkach, nie toleruje piżam i nic co ogranicza jego swobodę ruchu.
Moim zdaniem lepiej ubrać trochę cieniej niż przegrzewać dziecko. I jeszcze ważny element - okna otwarte w domu najlepiej przez całe lato, czy zimno czy ciepło (nie dotyczy huraganu, gradobicia i oberwania chmury).
Teraz mam drugie dziecko, kończy dziś 3 miesiące i tak samo nie ma "patyczkowania". Zaliczyliśmy lekki katarek na samym początku, który odciągaliśmy i sam zaniknął a teraz jest zdrów jak ryba, śpi przy otwartym oknie i nie zanosi się póki co na chorowanie (odpukać).