Te wiesci natchnęły mnie do dziwnych w sumie przemysleń. Zaczęłam zastanawiać się, jak będzie kiedy mój maluszek już sie urodzi. A mianowicie jak podejdzie do tego moja tesciowa. Jak ją znam to będzie małego wiecznie nosić na rękach i nie będzie mi pozwalała robic w jej towarzystwie czegokolwiek przy małym, bo sama będzie chciała. Dobrze że nie mieszkamy z nimi, bo nie wiem czy dałabym radę psychicznie. Widziałam co się działo, kiedy zobaczyła mojego malutkiego siostrzeńca. Z rąk nie chciała go oddać, a przecież nie jest z nim w żaden sposób spokrewniona. A co dopiero jak już swojego pierwszego wnuka "dorwie"? Poza tym nie podoba mi się sposób w jaki wpływa na wychowanie dzieci i własnie jej podejście do dzieciaczków. Pozwala im na wszystko, a kiedy już za bardzo się rozbrykają, to klaps na tyłek. Ale ponieważ dzieci nie mają konkretnie wyznaczonych granic, nie wiedzą z jakiego powodu ten klaps i on nic i tak nie daje. Tylko dzieci dezorientuje. Może przedwczesnie się martwię, wiem, że wszystko zalezy ode mnie. I wiem, że muszę wykrzesać z siebie pokłądy asertywności, żeby wyegzekwować odpowiednie traktowanie mnie i dziecka. I to własnie będzie najtrudniejsze. Bo moja tesciowa to naprawdę dobra kobieta, nie mam jej nic wielkiego do zarzucenia. JA tez nie jestem idealna. Wiem, że ma dobre chęci, ale co za dużo to niezdrowo. Chyba będę musiała od początku zacząć działać. Już w szpitalu, bo przeczuwam, że będzie chciała godzinami siedzieć przy mnie i nie będzie zwracać uwagi, że wolałabym np towarzystwo mojej mamy albo siostry, a poza tym tabun ludzi w szpitalu niczego dobrego nie przyniesie. Niedawno słyszałam, że moja szwagierka nawet z dziećmi planuje do szpitala przyjść! Już widze te cyrki na kiju.
Chyba panika przedporodowa mnie łąpie...