Jestem, jestem. Cipa ze mnie, bo późno tu zajrzała a wróciłam 27.06. Już to wszystko naprawiam.
1. Paulina- gratuluję, że wszystko ok i rodzinka przy Tobie.
2. Kinga-obejrzałam fotki-lux. Nie ma to jak polskie kobiety i wesela!!!Trzymam kciuki za poczęcie

3. Natalya-o rany. Jakby mi w serialu pokazali to co sie w twoim otoczeniu dzieje, to bym nie uwierzyla...Współczuję i bądź dzielna!
Dziewczęta mieszkające w Holandii jak macie chetkę na plotki, to zapraszam do siebie w któryś weekend. POmyślcie. Co prawda mój holenderski jest mizerniutki (mojego męża lepszy), ale pogadamy...
A teraz opisik wakacji. Prześlę to, co wysłałam znajomym maliem, żeby n ie musiec 2raz pisac, ok?
Witamy wszystkich!
Z wakacji wróciliśmy szczęśliwie. na miejscu nie było z nami kontaktu, więc w telegraficznym skrócie napisze Wam jak było.
Uprzedzę, że 12 dni na miejscu, to stanowczo za długo i za ciepło.
W Wenezueli było ok. Wycieczki i kraj piekny. Hotele, obsługa i ludzie do dupy.
3 dniowa wycieczka na stały ląd (przypominam, ze bylismy na wyspie) uratowała nam urlop.
Łazilismy po olbrzymiej jaskini, w której Hitchock kręcił "Ptaki". Urocze miejsce z mnóstwem rzeczonych ptaków, zyjących w ciemnościach oraz innymi zwierzatkami i insektami przewyższającymi wielkość naszych, europejskich

Bylismy w wiosce, gdzie mieszkają Indianie (nie pamiętam, niestety jakie plemię) i jeden z nich zabrał nas łodzią na wyprawę (w delcie Orinoko) po którejs z odnóg Orinoko. Po podziwianiu małp i kolorowych ptaków latających nad namorzynowymi lasami udalismy się na 2 godzinną wyprawę do dżungli. Okazało się, że nie jest to pic dla turystów, tylko AUTENTYCZNA dżungla ze wszystkimi jej minusami. Tysiące gryzących insektów, brnięcie po tyłek (nie żartuję) w błocie, ale również: próbowanie pędów
palm (miejscowy smakołyk-rzadki, bo trudno dostępny), picie cierpkiego soku z jakiś dziwnych tamtejszych owoców (jedyne coś, czym podczas wycieczki można było zwilzyc usta).
Na koniec, po wyjściu z gąszczu (na potwierdzenie autentyczności załączam zdjęcia) weszlismy brudni do łodzi. Rzeka, którą płyneliśmy miała kolor rdzawo-brązowej brei. Obiecano nam gdzieś kąpiel, bo wyglądaliśmy jak sieroty (część ludzi pozostawiała buty w bagnie, bo nie mogli ich odszukać, jak im potoneły w błocie). Indianin wyziózł nas na środek tej brunatnej rzeki i powiedział, że własnie tutaj możemy się wykapać

Chcac nie chcąc każdy (jedni w kapokach, inni bez, przypominam, że był to
środek rzeki) wskoczył ostatecznie do wody. Podczas kapieli zakomunikowano nam, że w "naszej wannie" żyją sobie piranie

I proszę się nie smiać, bo po powrocie na łódź popłyneliśmy 100 m. dalej, gdzie każdy dostał wędkę i zaczęło się polowanie na piranie. Udało nam się złowić 3, z czego 2 zerwały się wraz z haczykami z wędki. (Na potwiedzenie autentyczności mam film).
Nocleg spedzilismy na rancho-rewelacja!! Piękne domki i masę zwierząt i ptactwa(żółwie lądowe i wodne, małpki, konie, świnki morskie, kakadu, inne rodzaja papug, kapiwara, węże (te akurat w akwarium) i inne zwierzęta biegające na wolności wokół nas). Było czysto i komfortowo a to dlatego, że właścicielami byli Francuz i Niemka (a nie Wenezuelczycy,(oprócz olbrzymiego pająka mieszkającego z nami pod jednym dachem). Po pysznym grilu pozostałym miesem karmilismy krokodyle i żółwie.
3dnia zawieziono nas do miejsca, gdzie szlismy nurtem górskiej rzeki, mijając plantacje kawy pomiędzy wysokimi (OK. 200 M.)skałami. W czasie drogi natknelismy się na miejscowego, który przytaszczył nam pek bananów prosto z drzewa-nigdy nie jadłam lepszych. PO ok. 1,5 godzinie dotarliśmy do miejsca, gdzie 2 tubylców popisywało się przed nami skokami do wody z kilkunastometrowych półek skalnych. Potem każdy z nas mógł tego spróbować, z tym, że europejczycy wybierali półki z wysokości 5 m.

Mój
mąż-Maćko jako jedyny skoczył na główkę ( w tym, z jednego miejsca, z którego nikt inny nie podjął wyzwania), a reszta lądowała na nogach.
Reasumując-3dniowa wyprawa w głąb lądu była de lux!
Hotele w Wenezueli (pytałam ludzi z innych hoteli i zdania sa takie same) są tragiczne. Orócz kobiety w rejestracji nikt nie mówi i nie rozumie po angielsku (tylko hiszpański). Barmani nie maja pojecie o drinkach. Soki są z proszku (zdarza się, że chciało im sie zrobić z pomarańczy ale nie zawsze był on dostepny, bo przeciez trzeba się napracowac, żeby wycisnać). W pokojach jak w Polsce za czasów króle Ćwieczka-syf, kiła i mogiła oraz karakany wielkości męskich kciuków. Naczynia w restauracji
brudne. Personel niepuntkualny, czeste braki np. herbaty, ketchupu. Powtarzające się i niedoprawione potrawy...to wszytsko powodowało, że pobyt w hotelu dłużył nam się niemiłosiernie. Plaża i woda dość urokliwe, oprócz tłumów miejscowych, którzy przez cały dzień nekają cie, by sprzedać ci, np: kolczyki, muszelki, wisiorki, figurki, chusty, czapki, okulary, kapelusze, wyciągi z aloesu, zrobienie masażu, warkoczyków, paznokci...i co tylko się da. Tak mi zostało, że nawet w samolocie, do
stewardesy mówiłam "no, gracias"

Utrapienie i skaranie Boże z tymi akwizytorami...
A, zaliczyłam też snoorkling. Najpierw łodzią po falach (rzucało, tak, że bałam się o dziecko, choć sternik starał się nie pędzić i omijać co większe fale mając na uwadze moj stan). Potem 2 razy pływanie nad rafą w towarzystwie setek kolorowych ryb i żyjątek morksich z przerwą na lunch na wyspie (pychota) ze stadami zgłodniałych muszek czychających na naszę europejska krew (tragedia).
Trzeba przyznać, że na miejscu do wyboru jest wiele atrakcji, jednak ze względu na ciążę w wielu nie mogłam brać udziału, np. pływanie z delfinami (sonar), dżip safari po wyspie (wyboje), nurkowanie (zakazane dla ciężarówek). Maćko skorzystał z nurkowanie i był zadowolony. POdwodny świat jest tam wyjątkowo bogaty w żyjątka, których nie spotkał wczesniej.
Niewątpliwym plusem są też niektóre ceny, np: 1 litr benzyny kosztuje...8-12 groszy!!!To fakt nie fikcja. Pięknota, nic tylko jeździć. A np. 30 kg. worek pomarańczy 16 zł. nic tylko jeść lub pić sok, ale żyć tam za żadne skarby świata byśmy nie chcieli.
Byliśmy, zaobaczyliśmy, pzreżyliśmy a teraz "Europo witaj nam..."

Drodzy Przyjaciele pragniemy Wam donieść, że Maleństwo 19.06 po raz pierwszy się poruszyło na tyle znacznie, że poczulismy to i od tej chwili jest wyjątkowo aktywne. Pływa sobie u mnie, koziołkuje, kopie, trąca i wypycha, Wspaniełe uczucie.
Na razie przytyłam tylko 3,5 kg. jest ok. Jesteśmy wszystcy zdrowi i zaczynamy żyć po europejsku. Ponieważ z Małym nie będziemy podróżowac przez jakiś czas tak daleko, postanowiliśmy, że naszym wakacyjnym celem na lata jest odwiedzenie wszytskich lub też wielu stolic europejskich

Myślę, że pomysł i pasja niezłe, nie?
Fotki dołączę w kolejnym mailu.
POzdrawiamy wszytskich serdecznie
POla i Maćko