Witam o poranku :-)
Przeważnie w ciągu dnia nie mam opcji zagądania do Was na forum - i zostają mi takie ciekawe godziny nocne (jak już pewnie wszystkie śpicie) lub ranne (jak jeszcze śpicie)

Wspominam o tym, bo pisząc teraz widzę, że zamknęłam wczoraj forum przed północą i pewnie otworzę dziś ok 7.00 :-) tyle dygresji...
DZIEWCZYNY, DORADŹCIE MI, PROSZĘ...
Miotam się strasznie ostatnio, sama nie wiem co zrobić...Mam też ndzieję, że mimo iż chcę wspomnieć o średnio miłej rzeczy, o której raczej pewnie wolałybyśnie nie słyszeć (poronienie) - nie będziecie miały do mnie pretensji...
W związku z tym, że niestety, moja pierwsza próba in vitro skończyła się poronieniem mam teraz, przed criotransferem dużo obaw. Niestety, gdzieś w głębi serca mam może do siebie żal, że może gdybym nie chodziła do pracy po transferze nie skończyło by się tak jak się skończyło (przy tym pierwszym razie postanowiłam żyć max normalnie, nie brałam żadnych L4, na dni, kiedy musiałam się zwolnić - punkcja, transfer - brałam urlop, po transferze zostałam jeszcze w domu 2 dni+2 dni weekendu; niestety w pracy miałam wtedy fatalny czas, mnóstwo stresów i nerwów, małam kilka razy odpuścić - ale stwierdziłam, że podomykam najważniejsze temat i najwyżej później wezmę zwolnienie...zwolnienie wzięłam w momencie, kiedy zaczełam krwawić - wyszłam w ciągu dnia z pracy i pojechałam od razu do lekarza, który stwierdził poronienie zagrażające i kazał bezwzględnie leżeć, niestety to nie pomogło; lekarz stwierdził wady zarodka i powiedział, że nic nie mogliśmy zrobić, że przy ciążach naturalnych też często tak się dzieje) Do mnie jednak wraca myśl, czy ten max stresujący czas po transferze nie odcisnął swego piętna...Niezależnie od tego czy faktycznie mogło to mieć jakiś wpływ czy nie postanowiłam, że następnym razem zrobię wszystko, co w mojej mocy by wyeliminować wszytskie zagrożenia, by mieć poczucie, że zrobiłam wszystko, co mogłam...Dlatego stwierdziłam, że po transferze biorę zwolnienie z pracy - a gdyby się udało to te pierwsze chwile też chciałabym być w domu...I po tym przydługim wstępie :-) przechodzę do mojego dylematu - chciałam być uczciwa w pracy i uprzedzić mojego szefa, że przez jakiś czas może mnie nie być. Nie chcę mu mówić z jakiego powodu ale z drugiej strony tez tak głupio powiedzieć, że nie beędzie mnie nie wiem dokładnie ile, nie wim dokładnie od kiedy itp. Sytuacja jest o tyle cieżka, że to nowy szef - przyszedł do nas od marca - więc praktycznie się nie znamy. Myślę, że nie wie o moim poronieniu (bo większość firmy niestety się dowiedziała, mieli temat na kilka dobrych dni - wyobrażacie sobie, że ta informacja rozniosła się z kadr, po tym jak mój mąź przyniósł ciązowe L4; doszło do tego, że osoby, z którymi jestem bardzo blisko w pracy i którym sama chciałam powiedzieć we właściwym momenice - dowieziały się o tym (znaczy najpierw, że jestem w ciązy, później, że poroniłam) z plotek..ale to tylko taka dygresja).
Więc zasaniczo mam kilka dylematów:
1. czy powinnam faktycznie przyjmować takie założenia, że bezwzględnie zostać w domu
2. czy powinnam rozmawiać z szefem i co tak naprawdę mu powiedzieć...
A propos siedzenia w domu nie obgadałam tak dokładnie tego z lekarzem - ostatnia wizytę i rozmowę jaką z nim miałam byłam po 'głupim jasiu" bo było to bezpośrednio po histeroskopii (lekarz chciał ją zrobić by ewentualnie poszukać przyczyny poronienia), wcześniejsze były pod znakiem poronienia - jakoś tak nie wybadałam lekarza co on mi sugeruje i radzi...
Kurcze -srasznie się rozpisałam...A powinnam się już do pracy zbierać

Mam nadzieję, że nie gniewacie się za eleboraty i nie jesteśnie urażone za poruszanie tematu, który może powinien zostać z boku...Ale jakoś nie wiem co zrobić ...
Pozdrawiam Was wszyskie i miłego dnia życzę:-)