Hejka,:-)
@annemarie - ale proszę nie nazywaj mnie.... babochłopem, babsztylem....

babeczek jest jeszcze OK, ale nie jestem generalnie aż tak zniewieściały -

Co to, to nie
Hej!
Od wczoraj, po upuszczeniu trochę żółci jakiś taki pozytywnie naładowany jestem. Nie, to ta obrączka naprawdę mnie pozytywnie nastroiła.
Właśnie Ż mi zajrzała przez ramię, co robię.....
Generalnie, po wczorajszej rozmowie i dzisiejszej - Ż stwierdziła, że mnie nie poznaje, że zaczyna się o mnie martwić, i że po kontaktach z Wami jestem już nawiedzony, i ona nie wie, jak się to skończy. :-)
Ż jadła len, ale od słowa do słowa się okazało, że zupełnie w innym celu.
Dzisiaj przyniosłem jej z apteki jakieś fajne mazidło na twarz, i olej lniany. Powiedziałem, że będę jej dawał przykład i sam będę pić (notabene - nie jest jakiś super fatalny w smaku..... ) Kiedy spytała po co ma to robić, a ja jej wytłumaczyłem, zapytała, czy mogę jej jakieś naukowe dowody przedstawić? Na co jej odparłem, że trzeba mi konsultacji u Was :-)
Zapytała, czy ten olej jest w kapsułkach.... no to ja wyjmuję z torby Oeparol :-) (tylko nie pamiętam ile tych kapsułek powinna brać).
A kiedy powiedziałem o ananasie... spojrzała na mnie, że przy kolejnej wizycie u psychiatry mam mu powiedzieć, że ona po odstawieniu przeze mnie leku antydepresyjnego zauważa poważne zmiany na gorsze w mojej psychice
Tak się ze mną droczy :-) Nie wyobrażam sobie życia bez mojej Ż!!! To że ją kiedyś spotkałem, postawiłem swoje wcześniejsze życie na głowie i zainteresowałem się jej osobą, to było chyba moje największe szczęście w życiu.
Czasem sam się zdumiewam.... jesteśmy razem lat.... 18. Bywało lepiej lub gorzej przez ten czas, ale nie potrafię sobie przypomnieć jakiejś kłótni, cichych dni, nic z tych rzeczy!
I właśnie za to ją KOCHAM! i dzisiaj jej to w tym dniu WYKRZYCZAŁEM , bo jak jej to normalnie mówię, to ona mnie nie słucha i tak cały czas swoje smęci.... :-)
A zupełnie przy okazji, to miałem znowu krótką chwilę poświęconą na filozofowanie, co mi się czasem zdarza i doszedłem to takiej refleksji, która chyba ilustruje moją postawę w życiu.
Każdy z nas ma zapisany jakiś kres, ale droga do tego punktu wcale nie przebiega liniowo od A do Z. To tak pod kątem tego, co pisała Migotka, a to mnie zasmuciło - że jest im dane nie posiadać dziecka.
Nie mamy wpływu na to co mamy zapisane - to fakt.
Ale droga do tego punktu, z którego nie ma już odwrotu jest bogata w opcje i alternatywy. I na wybór właśnie tych opcji i alternatyw właśnie mamy wpływ!!!!!!
Zawsze jest opcja na poddanie się i skończenie ze sobą. Ale wtedy nie będziemy wcale wiedzieli, czy za chwilę nie będziemy mieli możliwości wybrać innej opcji, która otworzy przed nami możliwości dotarcia do kresu w szczęściu i radoiści!
:-)
Infantylne to chyba trochę, truizmy....Nie wiem....
Pewnie ktoś już wcześniej coś podobnego powiedział i napisał, ale ja mam przynajmniej wewnętrzną satysfakcję, że wpracowałem taką narrację samodzielnie :-)
Może ktoś z Was to przeczyta i znajdzie ten cień sensu życia, którego na dzisiaj nie widzi...
4 grudnia 1997 w nocy było ślisko i miałem wypadek samochodem - wpadłem w poślizg i wjechałem czołowo - bocznie pod STARA, który mnie zepchnął z drogi z 3 metrowej skarpy. Wyszedłem na górę sam, skończyło się na samochodzie skasowanym w całości, może połamanym jednym żebrze i paru rysach na gębie. Z tego Forda Fiesty zostało praktycznie tylko moje siedzenie nieruszone, gdyby ktoś ze mną wtedy jechał - nie żyje....
W zasadzie całe swoje życie zastanawiałem się, dlaczego Bóg pozwolił mi z tego wyjść i kazał mi dalej żyć, zmagając się z innymi problemami, które mi tego życia wcale nie ułatwiają.
Nie śmiejcie się ze mnie proszę, ale może miałem napisać ten post, tu i teraz, dzisiaj 14.2.2015 roku?
WSZYSTKIEGO DOBREGO!
niech MOC jest z WAMI!!!!