Martolinka a ja zazdroszczę spotkania z sąsiadami

Ksiądz Krzysztof był , hmm... dziwny. Przynajmniej nie zapytal czy chodzimy do kościoła

. Ale tak poza tym okazał się typem "warszawioka" czyli kogoś kto każe mi odczuć że nie jestem stąd, przyjechałam z wiochy bo przecież na wschód od wisły już tylko pola uparwne

. A na koniec zapomniał koperty, wiec mu dajemy a ona "a na chlebek z masełkiem wam starczy?". ????? i weź tu zrozum:-).
Generalnie zupelnie nie mam kompleksu, że nie jestem z Warszawy i nigdy bym nawet nie pomyślała żeby go mieć ale zdarzają się tu ludzie którzy na wieść że w Lublinie są galerie handlowe i eleganckie salony fryzjerskie robią wielkie oczy...
A nas był dziś niezapowiedziany ślub - Ali

. Mężem podobno był tato lalki Oli (jednej z trzech bo Ala do dziś miała 2 córeczki Ole i jedną niewidzialną Paulinkę, ale dziś podczas sprzątania odnalazła się trzecia zaginiona Ola :-), lepiej niż w serialu brazylijskim). Męża Ali nie było na własnym ślubie bo byl w domu i sprzatał.. Ale było weselicho i tańce
Fajny weekend za mną, jakiś taki spokojny.. A jutro idę z Wojtusiem na tę adaptację do żłobka o 14.00, eh, nie mam wcale ochoty, zupełnie nie jestem na to gotowa.
A Wojtuś nadrobił w parę dni zaległości motoryczne z okresu infekcji, turla się pięknie, podrywa do siedzenia, zupełnie inną ma technikę niż Ala miała

. I taki jest wesolutki słodziak, ze nie mogę

. Aż wam wkleję
