O wie dopiero pare osob, a z rodziny tylko moja mama. Ale wiem, ze bedzie to niesamowita niespodzianka i radosc! Ja od zawsze uwielbialam dzieciaki, a po slubie nigdy nie krylismy, ze chcemy miec liczna rodzine. No ale dziecko sie nie pojawialo, wiec uderzylismy do osrodka adopcyjnego. I tak wieki zonk. Ze za gruba (schudlam i chudne nadal), potem ze za mlodzi i kolejne lata zawieszania procesu, bo szkoda nas, bo powiennismy sie bardziej starac, ciezko bylo zrozumiec, ze w sumie poza podstawowymi badaniami, nie bylismy diagnozowani. Na zyczenie osrodka rozpozelismy diagnostyke i leczenie, ale z zalozenia tylko w okreslonych ramach, bez dazenia do inseminacji czy jeszcze dalej do invitro. Mielismy dylemat, bo przyszedl zas na podjecie decyzji o indukcji owulacji, nie wiem, czy to po poslku tak sie mowi, jeszcze nic strasznego, ale tabletki/zastrzyki na "lepsze jajeczko". Podjelismy decyzje, ze skoro cykle juz sa idealne, to na tym popzestaniemy, amy sobie jeszcze pare miesiecy i oficjalnie zakonczymy starania, zeby w koncu ruszyc z adopcja, bo lata mijaja a my ciagle sami.
Na zyczenie pan z ado rozpoczelismy kurs, by zostac rodzina zastepcza - to byl warunek zaakceptowania nas na rodzicow 2-3 rodzenstwa, bo niby nie mamy praktyki. W czasie kursu ualo nam sie poczac dziecko. Cieszymy sie niesamowicie, ale i tak mam zal, ze ladnym pare lat minelo w zawieszeniu, a moglismy miec juz trojke odchowanych dzieci i spodziewac sie czwartego...
Ale sie wywnetrzylam...