teraz ja się pochwalę... JESTEŚMY RODZICAMI!!!
uffff... ciężko było.... gdyby nie Mariusz to uciekłabym chyba ze szpitala,
od rana 20 marca 2006 skurcze, coraz częstsze i silniejsze..
o 17 w szpitalu, cała noc skurczy... byłam jakby w innym wymiarze,
na granicy jawy i snu... następnego dnia o godz. 9.00 na porodówkę,
Mariusz cały czas przy mnie... cały czas mnie mobilizował do oddechu
masował krzyż, był po prostu wspaniały, jego obecność bardzo mi pomogła,
tym bardziej że brakło już mi sił po nieprzespanej nocy, jestem mało odporna na ból,
nad ranem przyszedł taki kryzys że prosiłam o cesarkę,
położne powiedziały że o tym może zadecydować Pani ordynator,
a ona przyjdzie o godzinie 9.00,
ale Mariuszowi powiedziały że lepiej ma mnie przekonać bym rodziła naturalnie,
zwłaszcza że skoro tyle się już namęczyłam, to szkoda było by robić cesarkę,
bo to jednak operacja... dłużej się goi, dłużej byłabym w szpitalu,
dłużej dochodziłabym do siebie,
a że Mariusz ma duży dar przekonywania więc urodziłam siłami natury,
choć jak leżałam na tym łóżku... to sobie pomyślałam...
że teraz już wiem jak się musieli czuć na średniowiecznych torturach Świętej inkwizycji,
darłam się okrutnie... jakby mnie zarzynali...
(teraz mnie gardło boli jakby po meczu piłkarskim hihihi)
ale urodziłam... o godzinie 11.00 21.03.2006r małego Tymoteuszka,
słabo parłam i dzidzia była troszkę podduszona, był cały siny,
nie chciał ssać cyca, nie krzyczał tylko kwilił,
chwilkę potrzymałam go na brzuszku i mi go zabrali,
prosiłam Mariusz by poszedł z dzidzią, by pilnował żeby mu krzywdy nie zrobili,
to chyba instynkt matki… ja pocięta… obolała, pokrwawiona,
ale myśli się wyłącznie o dziecku…
na szczęście dzidzia poleżała w inkubatorze około godzinki
i już się zaróżowił zaczął oddychać jak należy…
dostał cyca… i już był tylko mój…. znaczy się nasz…
Przy okazji … rodziłam w szpitalu w Szubinie w Kujawsko - Pomorskim,
pomimo tego że myślałam że umieram, to położne umrzeć mi nie dały…
szpital nastawiony by wszystko przebiegało jak najbardziej w zgodzie z naturą,
dałam im się pewnie mocno we znaki, bo jestem straszna panikara,
położne super, bardzo zaangażowane, póżniej jak tylko dzidzia zapłakała
ktos się pojawiał by sprawdzić czy trzeba pomóc,
jeżeli chodzi o szpital to jestem bardzo zadowolona, dokonałam prawidłowego wyboru,
będę go polecać znajomym, a kilka jeszcze będzie rodziło w najbliższym czasie,
mają tam dwa pokoje rodzinne gdzie cały czas może być jakaś osoba bliska rodzącej,
opłata 100zł za cały pobyt w szpitalu,
jak w dwójkę weszliśmy do szpitala to w trójkę wyszliśmy,
Mariusz był z nami cały czas, oprócz łóżka szpitalnego i łóżeczka dla dzidzi,
była sofka na której Mariusz mógł się przespać,
ten pokój to ogromna wygoda,
po pierwsze – intymność, nie musiałam się drzeć z bólu przy skurczach przy innych pacjentkach,
po drugie - obecność męża przez cały pobyt w szpitalu,
już pisałam jak mi pomógł w czasie skurczy, ale jak już dzidzia była na świecie,
to same wiecie jak trudno jest się poruszać, a tu jeszcze dzidzią się zając,
więc Mariusz znów był bardzo pomocny, podawał mi dzidzię, przewijał,
uczył się od pielęgniarek jak kąpać, jak pielęgnować, o wszystko się pytał,
choć chodziliśmy do szkoły rodzenia, to jednak to nie to samo,
wtedy nie wiedzieliśmy nawet o co się pytać,
i wiecie… jesteśmy razem 12 lat z tego 2,5 roku po ślubie,
wiedziałam że Mariusz jest dobrym mężem,
ale nie przypuszczałam że będzie aż takim wspaniałym i odpowiedzialnym tatusiem,
mówi się że wspólny poród cementuje związek… to nie banał… to szczera prawda
naprawdę ten poród, przeżycia z nim związane, postawa męża
sprawiły że doceniłam jak wielkie mam szczęście,
i warto było się pomęczyć… by się o tym przekonać