Dziewczynki, czytam o tych Waszych porodach i plakac mi sie chce... Po pierwsze dlatego, ze przypomina mi sie moj i przede wszystkim uczucie wypelnienia miloscia w srduszku dla mojej malej kruszyny, a po drugie - uczucie zazdrosci troszke, oczywiscie nie negatywnej, ciesze sie, ze mialyscie tak latwo. Ja mam wrazenie, ze nigdy nie zapomne mojego porodu - prawie 24 godziny meczenia sie, ledwo zylam, poza tym byla akcja na sali operacyjnej... Ehh, szkoda gadac, zaraz opisze po kolei.
21 sierpnia caly dzien mialam skurcze bardzo nieprzyjemne, najlepsze jest to, ze na KTG wykazywalo skurcze tylko po 25-30%, wiec nieduze, a mnie bolaly tak, ze lepiej nie mowic. Niestety byly nieregularne, wiec nie bylo o czym mowic. Wieczorkiem kolo 22 zaczelam mierzyc sobie czestotliwosc skurczow (a juz nie bylam w stanie nawet chodzic z bolu) i wyszlo co 3-4 minuty, polozna mnie zbadala, stwierdzila, ze szyjka calkowicie zgladzona, ale rozwarcie dalej na dwa palce (czyli takie jak mialam od 3 dni). Mimo tego zrobila mi lewatywe (spodziewalam sie czegos znacznie gorszego szczerze powiedziawszy) i kazala wziac dluugi prysznic goracy. Tak tez zrobilam, na szczescie moglam podczas tego prysznica usiasc. Okolo 24 poszlysmy z polozna na porodowke - poszlysmy to doslowne i oddajace wszystko stwierdzenie, bo szlysmy kawal drogi, a ja musialam sobie sama torbe niesc, kuzwa, myslalam, ze na tej drodze na porodowke umre... Na porodowce podlaczyli mnie pod KTG, skurcze mialam ale malutkie, dalej 25-30%, a bolaly juz tak, ze powoli zaczynalam wyc. Niestety rozwarcie nie postepowalo... Probowalam sie przespac, ale trudno spac jak sie ma co 2-3 minuty skurcze bolesne... O 7 rano nastapila zmiana personelu i przyszla moja pani doktor (ktora prowadzila mnie tez na patologii) - stwierdzila, ze dadza mi oksy w koncu. Zanim dostalam ta oksy bylo juz poludnie, a ja plakalam ledwo zywa, nie chcialam nawet, zeby moj maz byl przy mnie, nie chcialam, zeby widzial mnie tak strasznie roztrzesiona... Najbardziej przezylam to, ze w czasie, kiedy ja lezalam w bolach i nic sie nie ruszalo to byly w sali obok dwa naturalne porody i 4 cesarki, no i kobiety mialy juz dzieciaczki swoje przy sobie, a ja dalej lezalam... W koncu dostalam kroplowke i cos sie zaczelo ruszac. Dwa i pol centymetra, trzy, cztery... Godzina pietnasta - 4 cm rozwarcia, bol i zmeczenie takie, ze zaczynam mdlec, przyszla lekarka, zlecila ZZO (Bogu dzieki) ale zanim je dostalam byla 16. Oczywiscie zostalam poinformowana, ze na same skurcze parte zostane odlaczona, no i ze zzo moze spowodowac wydluzenie parcia. W koncu chwila ulgi, wiec zasnelam... Do 20 zrobilo mi sie 7 cm rozwarcia, ale co chwila przychodzila albo lekarka albo polozna i masowala mi szyjke, jakos sama nie chciala sie rozwierac tak szybko jak nalezalo, mimo oksytocyny. Odlaczyla mi polozna ZZO, powoli bol wracal, ale na szczescie juz wiedzialam, ze to koncowka. Skurcze parte mialam okolo godziny czasu i w gole ta faza trwala bardzo dlugo, mimo, ze parlam bardzo dobrze i ani lekarka ani polozna nie mogly mi nic zarzucic, staralam sie jak moglam, ale glowka nie chciala zejsc szybko. Jak juz glowka wyszla, to w drugim parciu wyszla i reszta i poczulam wielka ulge... Polozyli mi malutka na piersi i poryczalam sie strasznie. Byla 21.30. Jagoda dostala 10 punktow, moja mala kluseczka. Niestety ze mna zrobilo sie nie najciekawiej, bo sie okazalo, ze polozna odlaczyla zzo bez porozumienia z anestezjologiem i bardzo zle sie porobilo jak juz urodzilam lozysko. Powiedzialam tylko, zejest mi strasznie slabo i zaczelam mdlec, okazalo sie, ze mam silny krwotok, pojechalam na blok operacyjny, cisnienie 80/50, tetno 150, bardzo sie lekarka bala, ze sie wykrwawie, mialam rewizje macicy, na szczescie nie w znieczuleniu ogolnym, bo mialam cewnik do zzo zalozony. Pozniej dwie godziny na porodowce jeszcze, cisnienie mierzone co 10 minut, ja juz plakalam, bo chcialam tylko spac, a one nie chcialy mi pozwolic (zdaje sie, ze slusznie, nie mam do nikogo pretensji), pozniej przewiezli mnie na polozniczy. Malej nie dostalam do 6 rano, ale powiem szczerze, ze nie bylabym w stanie sie nia zajac, wiec nawet poprosilam pielgniarke, zeby zrobila to za mnie. Po wszystkim dosyc dlugo zle sie czulam i nie mialam sily wstac nawet zeby pojsc siusiu, zalozyla mi polozna cewnik. W koncu kolo 9 wstalam ale tylko na sekunde, a uruchomiona zostalam tak naprawde dopiero kolo 15. Akurat przyszla szwagierka i zajela sie malutka, a ja poszlam pod prysznic, i udalo mi sie zrobic siusiu i kupe, no i od razu zrobilo mi sie lepiej. Niestety w przeciwienstwie do Was nie mialam pokarmu od razu, wiec mala byla dokarmiana a ja plakalam razem z nia jak byla nienajedzona tym, co znalazla w moich piersiach. Polozne mi w niczym nie pomogly, pokarmu dostalam dopiero na 3 dobe i to po wizycie mojej drugiej szwagierki, siedziala u mnie kilka godzin i masowala piersi, odciagala pokarm, dostawiala mi mala prawidlowo i w koncu sie udalo...
W szpitalu musialysmy zostac dluzej, bo mala miala infekcje wewnatrzmaciczna i przez 5 dni podawany antybiotyk. Na szczescie juz jest wszystko ok i jestesmy w domku
N ten moment nie chce rodzic naturalnie, na razie w ogole nie chce miec wiecej dzieci, nie moge zapomniec tego bolu i cierpnienia. Na szczescie mam cudowne dziecko.