Jesteśmy już. Wróciliśmy wczoraj wieczorem, ale już nie miałam siły na nic. Wyjazd niezwykle udany, właściwie pod każdym względem oprócz pogody. Ale prawdę powiedziawszy czego się można spodziewać w listopadzie. Nie było może tragicznie, ale trochę mżawki, trochę deszczu, a jak świeciło słońce, to wiał tak silny wiatr, że trudno było dłużej siedzieć na dworze.
Za to Wojciaszek sprawdził się w podróży fantastycznie. Właściwie tylko raz, w drodze powrotnej marudził może z 15 minut. A tak to albo spał albo patrzył przez okno albo się bawił. Na prawdę byłam pod wrażeniem. Nie było też problem z tym, że dostawał właściwie trzy posiłki dziennie (a nie cztery, tak jak w domu), a te z Was, które Wojtka widziały wiedzą, że z jedzeniem na czas nie ma żartów. Musi być i już. A na wyjeździe nawet się nie domagał, oczywiście dopóki nie zobaczył, że coś jeść będziemy.
A swoją drogą, to jedzenie na Litwie mają fantastyczne. Może na dłuższą meta ta kuchnia byłaby dla mnie za ciężka, bo trochę mało warzyw, ale tak na kilka dni, to nie mam nic przeciwko objadaniu się gęstymi zupami (obowiązkowo ze śmietaną), pierogami, blinami, cepelinami i kołdunami. Mniam!
A poszukiwania też owocnie. Na Litwie gdzieś w XVIII, XIX i na początku XX wieku mieszkała część mojej rodziny i mieliśmy jakieś zapiski, gdzie, ale właściwie nie było to potwierdzone. Wiecie, takie opowieści, że gdzieś tam mieszkali i tyle. To był już trzeci nasz wyjazd i za każdym razem robiliśmy jakieś odkrycia, jacyś obcy ludzie pomagali nam znaleźć zapomniane cmentarze, albo pamiętali dawne polskie nazwy wsi obecnie już niefunkcjonujące.
Tym razem było podobnie. Spotkaliśmy człowieka, który pamiętał dwór, w którym mieszkał mój prapradziadek i gdzie urodził się mój pradziadek. Oczywiście wszystko zniszczone, zrównane z ziemią, ale niezwykłe było to, że ktoś potwierdził, że właśnie tam, na tych polach otoczonych lasami mieszkali nasi przodkowie.
A potem przypadkiem znaleźliśmy na okolicznym cmentarzu grób mojego praprapradziadka, o którym nie mieliśmy pojęcia, gdzie może być pochowany. Miejsce niedalekie od domu rodzinnego i data śmierci zgadzają się z rodzinnymi opowieściami, więc to chyba nie przypadek.
Smaczku dodało to, że to mój brat odnalazł ten grób. I to właśnie po tym przodku Konrad dostał drugie imię: Cyprian. Tak więc Cyprian przyciągnął Cypriana.
Niesamowite wrażenia, że rodzinne opowieści nagle potwierdzają sie w rzeczywistości.