No to czas na mnie.
Piątek- termin porodu, rano nic, myślę- jeszcze czas!
Po południu czuję spinanie się dołu brzucha, to pierwsze skurcze jakie poczułam w ciąży! Ucieszyłam się i naszła mnie myśl, że do końca weekendu urodzę.
W nocy czułam skurcze co raz częściej, jakby regularniej. M. wstawał o 3 do pracy, mówię mu, żeby trzymał telefon przy sobie, poszedł. Nie wiem po co bo po godzinie był w domu, skurcze regularne co 8 min. Zanim przyszedł poszłam pod prysznic, posiedzieliśmy sobie jeszcze w domku trochę i zebraliśmy się do szpitala. W międzyczasie rozmawiałam z ciotka, która pytała mnie czy czuję skurcze od krzyża... Hm... no nie mówię i cieszę się, że będą normalne.
W szpitalu przyjęcie, rozwarcie na 2cm- coś się ruszyło.
Położyli mnie na porodówce, niestety było za małe rozwarcie, żeby M mógł być ze mną, więc tak siedzę tam 2h podpięta pod ktg, skurcze coraz silniejsze, badanie ginekologiczne i tu niespodzianka... rozwarcie na 2cm... porażka...
Przyszła lekarka powiedziała, że będziemy dawać zastrzyk na zatrzymanie skurczy, rozryczałam się jak małe dziecko, było tak blisko a oni chcą to rozwalić... No ale mam się męczyć? :/ Poszłam na patologię.
Skurcze nie ustępują, miałam być senna... było mi tylko trochę słabo... Cały dzień i pół nocy leżałam na patologii biegając co chwilę pod prysznic.
2 w nocy skurcze takie, że nie wiedziałam co ze sobą zrobić, koło 4 poszłam do położnej, żeby sprawdziła rozwarcie... 4-5cm, byłam prze szczęśliwa mimo, że miałam okropne skurcze krzyżowe!
Spakowałam manatki i z powrotem na porodówkę.
Położyli mnie na sali przedporodowej, tam leżała już jedna dziewczyna, między skurczami trochę rozmawiałyśmy ale niestety moje skurcze były na tyle silne, że w pewnym momencie nie byłam w stanie nawet słowa z siebie wydusić, na ktg skurcze prawie się nie pisały, tak aż do rana...
Po pewnym czasie z bólu aż krzyczałam, położna co chwilę przybiegała bo aparat zsuwał mi się z brzucha i nie było tętna dziecka, przyszła lekarka, rozwarcie dalej 4-5cm... Przyszedł lekarz, zaczęłam błagać go o cesarkę ale próbował mi to wyperswadować... bez skutku dalej błagałam... zbadali mnie, przerażona położna myślała, że dziecko ułożyło się pośladkami, lekarka sprawdziła, było główką ale dziecko 'miękkie' chcieli zrobić badanie na nadkwasotę... pobrać jej z główki krew- potem ewentualnie cesarka- nie zgodziłam się a oni nadal myśleli co ze mną zrobić. Lekarka chciała mi dać szansę na sn więc postanowiła podłączyć mi oxy, potrzebowaliśmy częstszych skurczy... Zleciała 1/5 kroplówki, przyszły dały mi 2 czopki na rozwarcie, czułam, że zaczynają się parte, zbadały mnie8-9cm rozwarcia ale szyjka jeszcze wygięta nie do porodu... Po ok 10 min dalej 8-9cm ale lekarka mówi, że możemy rodzić. Byłam w 7 niebie! Trochę sobie poparłam, żeby mała zeszła niżej. Nagle słyszę 'MYJEMY!!!' szybkie przemywanie krocza, instrukcja jak mam oddychać i przeć i zaczynamy! Jedno parcie, drugie, trzecie... Słyszę Co raz bliżej jesteśmy! Nagle po którymś partym czuję głowę między nogami! To mnie zmotywowało i kolejne 2 parcia i mała była na moim brzuchu! Szybko wzięły ją do zważenia, zmierzenia, dostała 10 pkt. i znowu była przy mnie... Pierwsze co myślałam, że nie chcę być z nią sama! Chcę aby M był tu i teraz z nami! Cieszyłam się jak dziecko kiedy do nas dołączył! Potrzebowałam nie tylko jej ale i jego!
Samo parcie trwało jakieś pół godziny, a cały poród oszacowały na 10h.
Powiem Wam, że skurcze krzyżowe to było największe okropieństwo jakie mogłam w życiu przeżyć! Położna nie umiała mnie uspokoić, dostawałam za każdym razem drgawek, trzęsłam całym łóżkiem, odlatywałam im, co chwilę zmieniały mi okłady... Za to skurcze parte mogła bym przeżywać na co dzień, to z tego całego porodu było najłatwiejsze!
Przy partych tak krzyczałam, że słyszał mnie chyba cały szpital...
Teraz mam wyrzuty sumienia, mieliśmy brać poród rodzinny... Lekarka w trakcie pytała czy wołamy męża a ja długo się nie zastanawiając (albo w cale) odpowiedziałam, że nie... Biedny siedział od nocy i czekał aż go zawołają a wyszło tak, że zadzwoniłam do niego jak Jagoda płakała i uświadomiłam go, że to jego dziecko... Strasznie tego żałuję, bo wiem, że chciał przy tym być.
Aaaa... No a czop odszedł mi na chwilę przed porodem a pęcherz pękł mi przy badaniu gin w trakcie porodu.
Z sali przedporodowej mnie nie przeniosły bo nie wyraziłam na to zgody, powiedziałam, że zostaje choćby siłą chciały mnie wziąć, nie miałam siły... Wzięły zatem koleżankę, która leżała obok, 15 min po mnie i ona tuliła swoje dzieciątko, trafiłyśmy razem na salę po porodzie.
Z tego względu, że tak ciężko zniosłam poród Przy większości była ze mną nie tylko położna ale i lekarka, wiem, że bez tych dwóch kobiet nie dałabym sobie rady, teraz bardzo im dziękuję, że dały mi szansę urodzić naturalnie!