To Kobietki czas i na mnie... :-)
Wieczorkiem 10.02 wykąpałam się, ogarnęłam, depilacja, henna itd :-) i śmiałam się do mamci, że jestem gotowa doporodu. Skurcze miałam dosyć silne, ale nie chciałam panikować, żeby mnie znowunie odesłali. Położyłam się więc spać. Ok 3 nad ranem obudził mnie dziwny bólbrzucha... Tak kręciło jak na dwójeczkę

wstałam do wc, ale nic. Wróciłam do łóżka inagle bach... Mokro. Wstałam sobie spokojnie, założyłam podpachę i idę budzić mamcię.Mamcia szok, panika, a ja głupawki dostałam i się śmiałam, jak głupi do sera zewszystkiego

Zadzwoniłyśmy po ciotkę i pojechałyśmy doszpitala. W szpitalu lekarz powiedział, że rozwarcia nie ma, akcja skurczowateż jest taka a nie inna, więc dadzą mi antybiotyk, żeby Junior nie dostałzakażenia i mam się połozyć i czekać. No ale jak tu spać... Na sali byłam zdziewczyną, która już miała swoje maleństwo, więc zajęłam się zachwycaniem nadmałym Mateuszkiem :-). Skurcze były coraz silniejsze i w corazkrótszych odstępach czasu. Poszłam na ktg, ale lekarz stwierdził, że to dalejnie to. Mam czekać!!! No ok, to on w końcu jest lekarzem. Wie co robi...
Napisałam do BB. Zapytał, czy potrzebuję czegoś, czy ma przyjechać. Bałam sięcholercia, więc powiedziałam mu, żeby przyjechał. Zabrał odrazu mamcię moją iprzyjechali razem. I czekaliśmy. Już ledwo żyłam, BB cały czas powtarzał, żebędzie ze mną choćby nie wiem co. Masował mi plecki, pomagał chodzić itd.
O 15 poszłam na kolejne ktg i tu szok... Nagle złapał mnie taki ból, żemyślałam, że zwariuję... Byłam sama akurat, położna wyszła a mamci i BBpowiedzieli, że mają poczekać na korytarzu bo bądź co bądź poród jeszcze sięnie zaczął teoretycznie... Wcisnęłam głowę w poduszkę, żeby nie krzyczeć. Niechciałam wyjść na histeryczkę, w końcu szykowałam się na to, że będzie bolalo,prawda... Po jakimś czasie przyszła położna patrzy na wydruk i do mnie krzyczy,dlaczego nikogo nie wołam itd. Przybiegła lekarz, bach kroplówka narozkurczenie. Powiedział, że mam szykować się na cięzki poród, bo mam tendencjędo skurczy tężcowych. Skurcz nakłada się na skurcz bez żadnego odstępu czasu.Ten trwał akurat 15min... Ale pan doktor z uśmiechem na twarzy powiedział, żedam radę. W końcu nie ja pierwsza przez to przechodzę. Zbadał mnie i... Kazałwrócić na salę, bo rozwarcia nie ma. Zapytałam, czy nie da się tego jakośprzyspieszyć, że już dawno mi wody odeszły itd. Powiedział, że nie będąingerować w naturę...
Wróciłam więc na salę, w BB się gotowało, mamcia cała się trzęsła z nerwów, aja próbowałam się uśmiechać i mówilam, że wszystko jest ok, daję radę itd.Długo na sali nie pobyłam, przed 17 już nie mogłam się uśmiechać... Ledwozatoczyłam się na porodówkę i proszę... Rozwarcie na 3cm. Dalej mało, ale jużcoś. Tylko, że ja już siły nie miałam Chciałam znieczulenie, powiedziałam, żenie dam rady urodzić. Zawiodłam się na sobie, ale cholera wiedziałam, że niedam rady. Położna powiedziała, że każda tak mówi. Poza tym muszę poczekać ażrozwarcie będzie na 4-5cm, wtedy możemy mówić o znieczuleniu. Zapytała kogochcę przy porodzie. Powiedziałam, żeby BB odwiózł mamcię i wrócił. Tak teżzrobił. A mi w międzyczasie położna zaaplikowała czopki na rozwarcie. W ciągu15min zrobiło się na 10cm. Myślałam, że mnie rozrywa, darłam się w niebogłosy.Powiedziałam, że jak mi nie da tego cholernego znieczulenia to ich wszystkichpozabijam

. I co... Niestety, rozwarcie jest już zaduże na znieczulenie. I się zaczęło... Ok godz 18 bóle parte. Pytałam, gdziejest BB, że chcę go przy sobie. Bardzo krwawiłam... A położna do mnie: "Nowiesz... Różnie bywa przy porodach... Może dojść do krępującej sytuacji... Niebędziesz się wstydzić?" Byłam w szoku!!! Nie tego się spodziewałam...Mówię: "Że co, mogę się po***ć?! Trudno!! Chcę go tutaj" Wtedy mipowiedziła, że jest to bardzo ciężki poród i lepiej, żeby na to nie patrzył. Ityle. Nie miałam siły się kłócić. Co najlepsze, kiedy BB zadzwonił na dzwonek,został poinformowany, że pani Aleksandra raczej go sobie nie życzy przyporodzie... Więc usiadł i czekał.
Rodziłam na leżąco, na boku, na klęcząco, na stojąco... Nic. Kazała mi sięznowu położyć i przeć. Mówi, że widzi główkę, ale że się cofa. I kolejne podejście... Skurcze zaczęły tak jakby... zanikać. Były bardzo krótkie. Powiedziała, że trzeba podać oksy... Podłączyli mi kroplówkę. Kazała znowu stanąć. I wtedy po skurczu sprawdziła któryś raz z kolei tętno Juniorka i szok... Brak tętna... Krzyk, panika. Przybiegła druga położna z maską tlenową. Kazały mi następny skurcz przeoddychać. Ja oddycham, tętna dalej brak... Odrazu alarm, przybiegła pielęgniarka z cewnikiem, lekarz z dokumentami i odrazu na salę operacyjną. Cała akcja trwała może z minutkę, ale jak wjechali tym łóżkiem na salę, to tak jak w fimach... Wszyscy już gotowi byli, w maskach, fartuchach. Dostałam znieczulenie w kręgosłup, krzyczałam, że mają mnie ciąć na żywca, że mają dziecko ratować, a nie czekać aż znieczulenie zacznie działać. Ale chwila moment i już można było działać. Szybko go wyciągnęli, miałam ten parawan, ale widziałam jak go niosą... Pytałam czemu nie płacze, tak bardzo się bałam... Lekarz tylko powiedział pielęgniarkom: "Szybko go odwijajcie". Cały był zaplątany. I nagle usłyszałam jak kwili. Tak się popłakałam. Chciałam go odrazu zobaczyć, ale musięli go zbadać. Na szczęście BB był za drzwiami i odrazu go zawołali. Był przy mierzeniu, ważeniu i badaniu. Wszystko nagrał :-). Przyniosły mi go na chwilkę, żebyśmy mogli się przywitać. A jak zabrali, to zanieśli do BB. Mnie szyli, a oni sobie siedzieli i się poznawali :-). Jak już mnie wywieźli, to BB miał świeczki w oczach. Wycałował mnie, wyściskał. Powiedział, że mam najwspanialszego synka pod Słońcem i że go porobiło hehe. Że spisałam się na medal. "Ale do ojca to on w ogóle podobny nie jest... Cała Ty"
Na karmienie przywieźli mi Juniorka dopiero na drugi dzień. BB oczywiście był z nami i tak mu się mordka cieszyła. Cały czas tylko fotki pstrykał, kręcił filmiki, nosił Sebusia na rękach, kładł mi go do łóżka, jak miałam karmić, a jeszcze wstać nie mogłam za bardzo :-). Później zgadaliśmy się jak to było z tym porodem, dlaczego go ze mną nie było. Był taki wściekły, że chciał iść do tej położnej, ale powiedziałammu, że nie ma sensu. Najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło. Ale strachu najedliśmy się ogromnego.
Powiem szczerze, że rozczarowałam się bardzo tym szpitalem. Sugerowałam się tylko pozytywnymi opiniami, tych negatywnych nie brałam pod uwagę. I przypomniały mi się słowa znajomej. Że ten szpital zbiera laury za te udane porody, a kiedy zdarza się cięższy przypadek, to wszyscy milczą... Coś w tym jest.