Natuś i napiszę i poczytam sobie ;-)
Wczoraj, jak dobrze wiecie, zaobrączkowałam się z moim P. Do USC dotarliśmy z 5-minutowym spóźnieniem, ponieważ nie potrafiliśmy się rano wyrobić. Przed urzędem odbierałam jeszcze ciasta, fryzjerka czesała mnie i młodą. No i mieliśmy kłopot z przywiązaniem kwiatów do klamek, bo okazało się, że w samochodzie, który mój mąż pożyczył, nie ma takich zwykłych klamek. Nikt nie wpadł na to by dzień wcześniej zerknąć i rano głowiliśmy się (głównie moja mama) co z tym począć. W sumie to i tak lepiej niż moi rodzice, którzy z naszymi dziećmi dojechali już po ceremonii. Niestety w całym zamieszaniu nikt nie pomyślał o zostawieniu im instrukcji zapinania fotelika młodego, więc namęczyli się sporo zanim zapięli dziecię w samochodzie. Urząd, jak to urząd. Kilka minut i po zabawie. Potem trochę zdjęć pod urzędem i do fotografa. Zrobiliśmy sobie i dzieciom kilka fotek. Po południu zjechało się całe zaproszone towarzystwo- tylko znajomi. Poimprezowaliśmy do nocy, aż mojemu mężowi urwał się film. Końcówki imprezy już nie pamięta. Było naprawdę cudownie. Śmichy, chichy, dużo jedzenia i wódki. Młody zachował się bardzo przyzwoicie. Najpierw przebywał u dziadków piętro niżej a później, po spaniu, szczęśliwy i zadowolony przechodził z rąk do rąk. Siedział na łóżku chyba tylko gdy go karmiłam. Córka też bezproblemowo, ponieważ miała towarzystwo 2 koleżanek i 3 kolegów. W związku z tym, że poszłam spać około 1:00 a mały wstał przed 6:00, to dzisiaj miałam lekki kłopot z myśleniem. Rano nie potrafiłam otworzyć oczu. Dobrą chwilę trwało zanim dałam radę wstać. Pobudka była wcześnie, wcześnie wstaliśmy z łóżek a i tak był problem z wyrobieniem się do kościoła. Podczas mszy Wojtkowi bardzo się podobało (przynajmniej przez większą część mszy). Śpiewał sobie, rozmawiał ze wszystkimi dookoła, śmiał się. Dopiero po połowie powoli zaczął się nudzić i z nudów ugryzł mnie swoim jedynym zębolkiem w palucha, którego rano trochę sobie poparzyłam

Muszę tu pochwalić naszego proboszcza. Naprawdę wspaniały człowiek. Chrzciny zrobił nam bez żadnego problemu kiedy chcieliśmy i po mszy (tak jak chciałam). Ciągle był uśmiechnięty, zagadywał do młodego, do Zuzi. Kasę wziął po wszystkim. Daliśmy mu 100zł, chociaż gdy wcześniej pytałam ile dać, to twierdził że co łaska. Nie chciał mi podać kwoty ani wziąć przed chrzcinami. Podejrzewam, że gdybym dała 50zł, to też nic by się nie stało (mój P. chciał mu dać 200zł, ale uważałam, że to już lekka przesada). Po kościele obiadek, kawa i ciasteczka w restauracji i do domu dokończyć sprzątanie.
Przyznam szczerze, że nie wyobrażam sobie tych dwóch imprez w domu (tak jak to miało pierwotnie wyglądać). Chyba bym padła a o sprzątaniu po sobocie i przygotowaniu wszystkiego na niedzielę to już nawet nie wspomnę. Z tym, że jedzenie (jakościowo i ilościowo) zdecydowanie było lepsze z cateringu niż w restauracji. Po obdzieleniu ciastem sąsiadów i tak zostały mi zapasy na tygodniową wyżerkę (pełno ciasta i „konkretów”) :-)