Bunty, zazdrość...normalka...

;-)...jakos to trzeba "przeczekać", dziecko samo musi zobaczyć, że nowy dzidzius w niczym jej nie zagraża.
A tak a propos spacerów- u nas naianie mają tez te wózki- bliźniaki , ale wszystkie dzieci naraz są do nich "pakowane";-)

.Na miejscu niani "zapakowałabym" najmniejszego do małej gondolki, wstawianej do wózka- dla bezpieczeństwa, by któreś ze starszych niechcący go nie kopnęło, a dwójkę starszych posadzila buziami do siebie na drugiej połowie wózka i po kłopocie- u nas nianie tak robią, gdy się wybieraja na spacer, bo to wioska jest, nie wszędzie są chodniki i niezbyt bezpiecznie by było, gdyby dzieci miały iść obok wózka.Idą sobie na plac zabaw , albo na boisko i tam się moga wyszaleć, ale droga do to wózek albo przyczepka rowerowa , gdy niania ma starsze dzieciaczki, które już potrafią same siedzieć.
Ja osobiście uwielbiam ten widok, gdy z takiego wózka wystaje kilka roześmianych główek :-)

- słooodko to wygląda :-)

.
W zeszłym roku, gdy nasze miasteczko odwiedzała królowa, nianie wyszły też z dziecmi ją przywitać i widok był naprawdę super :-)- te dzieciaczki w wózkach, machające chorągiewkami, w miniaturowych koronach na główkach :-):-):-).
Dobrym sposobem na małego zazdrośnika jest właczanie go do pomocy przy dzidziusiu- "podaj pieluszkę", "chodź, zobaczymy, co ten mały teraz chce", "położymy dzidzię spać"- by dziecko czuło się potrzebne- oczywiście chwalic za pomoc i podkreślac, jaka mądra, duża dziewczynka, jak bardzo pomaga.
A ja musiałam tez wczoraj Amelkę od niani zabrac o 9.00, bo rzygała jak kot...nie wiem, czy to jakis wirus, czy co....?


...Gorączki nie ma, biegunki tez nie...tylko te wymioty...pod wieczór jakby jej się poprawiło, nawet coś tam zjadła, ale w nocy o 3.00 znów mi zwymiotowała...

Tak więc dziś któreś z nas musi chyba przymusowe wolne wziąć...Bo boję się ją dać do niani, by znów się sytuacja nie powtórzyła.
Poza tym u nas pomalutku zmiany w domku, dziś przenieśliśmy się do sypialni na górę, zostawiając Amelce pokoik do zabawy na dole.Tzn. jeszcze śpi z nami , w sensie, że łożeczko ma tez na górze.
Przy okazji "udało mi się" pokłócić z M.

- o zamknięcie bramki na górze schodów. Jak zobaczyłam, jak on to zrobił, to stwierdziłam, że bez sensu, równie dobrze mógłby wcale go nie montować.Bo przykręcił je ...od wewnątrz, w sensie, ze stojąc u szczytu schodów, dziecko sobie otwiera samo bramkę

...Ja nie wiem, gdzie ci faceci mają łby????No i od słowa do słowa, no, bo usiłował mi wmówić, że inaczej sie nie dało tego zamontować , no i wielce obrażony, bo to ja sama to zamknięcie wybrałam, to co się teraz czepiam


.
Tłumaczę, że nie chodziło mi o to, że zrobił źle,nie czepiam sie tego, jak to zrobił, tylko, że nie spełnia ono swojej funkcji. I że jak dziecko zleci na łeb na szyję z tych stromych schodów, bo sobie otworzy bramkę (a małe chińskie paluszki, jak to mówiła Sariska, sprytne są i wiele potrafią- nie można liczyć, że sobie nie poradzi), to niech do siebie ma pretensje.Przeciez kupując ten zameczek, nie miałam pojęcia, jaką bramkę zrobi i jak będzie chciał to montować- trzeba było zrobić tak, by udało się zamykac od strony schodów, nie?
Ale, oczywiście, foch, bo skrytykowałam.I się nie odzywa.
No, trudno, chcesz sie fochac, twoja sprawa- pomyślałam i sobie poszłam.
Za kilka godzin idę na górę, a tu zamontowane dodatkowe zabezpieczenie, tym razem po właściwej stronie

.Jednak dotarło



.Oj, te chłopy



...
A poza tym, jak Ida- czekam na wiosnę...