Hej, tu autorka watku
U nas juz troche lepiej, mala juz nie histeryzuje, ale mamy krzeslo obok lozeczka i najpierw trzyma sie raczki, a pozniej po prostu siedzi i dziecko w koncu zasypia. Budzi nam sie 2-3 razy na noc, zazwyczaj jest karmiona raz (pociumka tylko troche i zasypia, takze nie ma tragedii), a pozniej juz o tej 5tej lub 6tej, bo wtedy ma juz prawo byc glodna (zasypia jeszcze na jakas godzinke lub dwie po tym). Takze nie jest tak zle, choc mogloby byc lepiej. Nie chcialam nic wiecej z tym robic, z uwagi na ten "kryzys", wydawalo mi sie to za okrutne. A teraz lecimy niedlugo do Polski, wiec nie ma sensu nic nowego jej wprowadzac, bo zmiana miejsca to wystarczajacy stres.
Chodzi mi o wprowadzenie metody, ktora juz raz zastosowalismy, jak mala miala 6 miesiecy. Ktos juz o tym w tym watku pisal - po prostu zostawic dziecko. Brzmi strasznie, ale efekty gwarantowane. Trzy, cztery pierwsze noce sa najgorsze (w tym pierwsza to katorga), ale w koncu dziecko uczy sie, ze nie ma po co sie budzic i plakac, bo i tak nikt nie podniesie i nie nakarmi, wiec w koncu przestaje. Dziecko ma swoj rytm w nocy, zazwyczaj budzi sie o tych samych porach (chyba, ze cos mu dolega, wtedy oczywiscie trzeba podniesc i pomoc). Nie powinno byc glodne, mowia, ze od 3go, 4go miesiaca juz nie musi jesc w nocy, ja czytalam, ze lepiej czekac do 6go, wtedy ma sie pewnosc, bo kazde dziecko jest inne. Jesli dziecko je w nocy, to pewnie, ze sie przyzwyczai i bedzie chcialo jesc. Sam zoladek bedzie je budzic, bo jest nauczony, ze ktos go napelnia

.
Kiedy zastosowalismy te metode wczesniej, to dziecko bylo zupelnie inne. Radosne i wypoczete (teraz tez jest, ale wtedy wydawala sie byc naprawde zadowolona z tej odrobiny dyscypliny). Drzemki w ciagu dnia od razu przychodzily jej lawiej. Rano jadla efektownie, z pelniutkiej piersi i porzadnie sie najadala. Teraz ciezko to samo zastosowac, bo przewraca sie na brzuszek i wedruje po calym lozeczku, w koncu utyka w poprzek i trzeba i tak podniesc i pomoc

. Dlatego im wczesniej, tym lepiej! Nie ma co czekac i myslec, ze dziecko wyrosnie, bo wg mnie bedzie tylko trudniej i gorzej (no, u nas metoda zostala przerwana przez wyjazd i zabkowanie).
Sa rozne wersje. Czasami najlepiej zostawic w ogole, czasami dziala chodzenie co 5 minut i uspakajanie, czasami dzieci chca widziec rodzicow, wiec lepiej zostac przy lozeczku (ale nie podnosic) i np. co noc wycofywac sie troche dalej.
Slyszalam o metodzie takiej, zeby samemu budzic dziecko np. pol godziny przed czasem, kiedy sie budzi samo, wtedy ululac lub nakarmic i wtedy jest szansa, ze nie obudzi sie o tym czasie, co zawsze i w ten sposob w koncu bedzie sie wydluzac czas miedzy tymi pobudkami, do ich wyeliminowania.
Inna to nakarmienie dziecka przed kapiela, a nie po, i po kapieli polozenie do lozeczka i czekamy az dziecko sie samo wyciszy i nauczy zasypiac.
Wazne, zeby nie dopuszczac do przemeczenia, bo wtedy jest jeszcze trudniej.
Dla mam karmiacych piersia, najlepiej zeby tatus chodzil do dziecka w nocy, sa juz na tyle madre, zeby wiedziec, ze od tatusia nawet jakby bardzo chcialy, to mleczka nie dostana

.
Warto sie zastanowic, czy jest sie naprawde zdeterminowanym, zeby cos zrobic z tymi nocnymi pobudkami. Oczywiscie, w wiekszosci przypadkow to zmeczenie - po prostu nie mamy sily w nocy i wtedy najlatwiej podniesc i nakarmic dziecko, bo wtedy szybciej zasnie. Poradzenie sobie z tym stanem rzeczy wymaga konsekwencji. Czesto brak jej mamom, bo podswiadomie lubia te chwile w nocy, kiedy mozna przytulic szkraba, ktory slodko zasypia w ich ramionach (w ciagu dnia czesto nie ma czasu, nie mowiac o tym, ze ciezko przytulac wiercipiete

).
Damy rade! Pozdrawiam
