Kiedyś czytałam artykuł o samotnych matkach. Do póki mają nad sobą pręgież obowiązków nie poddawają się, chociażby wszyscy na około byli poważnie chorzy. Żadna choroba, ani inne paskudztwo nie jest w stanie złamać kobiety. Ale niech się zdarzy samotny tydzień lub weekend, bo dzieckiem zajmie się babcia albo ktoś inny... kobietę od razu dopadają wszystkie możliwe wirusy i przeciwności... :
Pewnie można by to odnieść do każdej z nas, bo nawet jeśli mąż jest dostepny, to każda z nas pewnie najbardziej liczy na siebie. Nie ma to, jak samemu zrobić daną rzecz...

przynajmniej ja tak mam... ;D
A zima daje nam się we znaki w tym roku wyjątkowo. Ja mam już dosyć... Tęsknie za słońcem i ciepłem... spacerem po parku lub pracą w ogrodzie. Nawet wymyśliłam sobie pewną zmianę i nie mogę się doczekać, kiedy ją zrealizuję. Trawa za oknem zamiast śniegu wpływa na mnie optymistycznie.
Ja też czasami zostaje w domu sama z dziećmi. Wiem, że to nie jest łatwe. Pamiętam, że jednego razu, kiedy Sebastian miał 1,5 roku byłam zdana tylko na siebie, a sytuacja źle wyglądała. Sebastian rozchorował się bardzo poważnie, nawet lekarz nie był pewien co mu dolega.

Skończyło się na tym, że musiałam jeździć z nim na zastrzyki do szpitala. Całe szczęście, że mąż zostawił mi samochód. :
Zresztą teraz chwilowe samotne macierzyństwo mnie nie przeraża. Kiedy dzieci były mniejsze miałam większe obawy. Szczególnie pierwszy rok dziecka działa na mnie lękliwie...
Wydaje mi się, że kobiety (większość) w ogóle są tak skonstruowane, żeby zawsze dać sobie radę. Jesteśmy mniejsze, słabsze itp, ale tylko fizycznie. Psychicznie jesteśmy o wiele silniejsze nim nam się wydaje...
przepraszam za ten wykład... tak mnie jakoś natchnęło...
