Tak byłam na izbie przyjęć. Dostałam krwawienia ze skrzepami, jeden bardzo duży około 11 cm. Natychmiast pojechałam na IP. Pani ginekolog (stara piz...) powiedziała ze zdziwiam, ze po co przyjechałam, ze nie mam krwawienia tylko „ minimalne ślady plamienia”, ze zarodek nie ma akcji serca, ale ze to ciaza wczesna 6tc ze może jeszcze serca nie być, ze to jest do poradni problrm bo nie zagraża mojemu życiu itd... ogólnie wyrzuciła mnie do domu z wielką złością ze śmiałam sie martwić o ciaze.
Nie jechałabym z plamieniem, jak dotarłam do szpitala rzeczywiście ono ustało, ale po USG już na parkingu pod blokiem dostałam krwawienia znowu sporego, żywa krew znowu skrzepy. W nocy sie uspokoiło, teraz nie krwawię, nie mam już plamienia. Wizytę mam u mojej ginekolog dopiero w poniedziałek... do tego czasu zostaje w domu na L4, które wzięłam od zwykłego lekarza rodzinnego, który był w szoku jak mu powiedziałam ze tak mnie potraktowano. Kolejny raz sor mnie zlekceważył. Szczerze mówiąc to już wiem ze ta ciaza nie ma szansy, tyle razy przeszłam poronienie niezupełne, ze wiem jak to wyglada a przy takiej ilości krwi jak wczoraj i przy takich skrzepach nie liczę, że serduszko zacznie bić. Czekam na wizytę u mojej ginekolog, bo jest jeszcze za wczesnie, żeby robić znowu jutro usg, bo i tak żaden obcy lekarz mi nic nie pomoże.
Z moich obserwacji wynika ze do 12tc nikt nie chce pomagać ani położyć w szpitalu kobiety, tylko chcą, żeby natura sama zadziałała, bo boja sie odpowiedzialności za kogoś i za to ze dziecko mogłoby być bardzo chore...
Mam skurcze brzucha, momentami ostre, rodzinny kazał wziasc No-spe dla ulgi, ale w sumie przespałam cały dzień.