robila wczoraj nieoficjalna urodzinowa impreze, oczywiscie mnie nie zaprosila ( i dobrze

) ale Misiek sie uparl, ze mam isc i prawie sila mnie zaciagnal... no wiec zostawilam Mel z babcia, tzn. z moja mama i poszlam. Juz na wejsciu, kiedy mnie zauwazyla, zrobila mine, jakby poczula cos smierdzacego, az mialam ochote cala sie obwąchać... niechetnie powiedziala, ze ma tylko X miejsc, wiec ja moge zjesc w kuchni. nie chcialam sie klocic, ale to przeszlo ludzkie pojecie. powiedzialam tylko '' z mila checia... a gdzie szanowna mamusia ma kuchnie?'' myslalam, ze wybuchnie... pokazala tylko reka, a Misiek wzial swoj talerz i poszedl za mna. Siedzielismy przy kuchennym stole i rozmawialismy. jakims cudem ona ciagle miala jakies sprawy w kuchni- spojrzec do lodowki, umyc kubek, wziac reczniki papierowe, wygrzebac spod kosza zmiotke. Ja wiem, ze to naturalne, ze gospodyni tak sie krzata, ale - reczniki staly w salonie, zmiotka w lazience blizej salonu niz kuchnia... w pewnym momencie uslyszalam glos ojca Miska : a czemu twoja synowa siedzi w kuchni? jej sie honorowe miejsce nalezy...- uwielbiam jego poczucie humoru

matka Miska o malo nie wylala calej wazy zupy.. weszla do kuchni i cieplo (bbbrrrr... powialo chlodem) zaproponowala, abysmy przeniesli sie do salonu. na wejsciu podala mi ciasteczko mowiac '' tylko nie nakrusz... i najlepiej nie dotykaj tortu... i usiadz z dala od Sylwii ( zona brata mojego Misia) '' . dostosowalam sie. bylo milo
ps. myslicie, ze predko znajdzie ciasto wetkniete w kanape?