No więc Moje Drogie Koleżanki
Akcja "P" zaczęła się całkiem niewinnie, bo miałam już dosyć tych skurczy lędźwi i powiedziałam do taty, że jedziemy na Izbę Przyjęć, bo ja już nie mam siły i jak nie prześpię kolejnej nocy, to padnę... Pojechała z nami moja koleżanka, z która rodziłam i na IP lekarz mówi do mnie, że żeby rodzić, to trzeba mieć skurcze, a ja przypominam skurcze miałam od kilku dobrych godzin, więc powiedział, że już mnie nie wypuszczą, ale, żeby położyli mnie na porodówkę, bo miejsca na patologii nie ma, położyli mnie, podpięli do KTG i zaczeła się jazda, skurcze były bardzo regularne, czułam każdy nadchodzący najpierw w lędźwiach, tak mocno, że kładłam pięści pod plecy i naciskałam ciałem, trochę pomagało... O 5 z minutami położna zbadała mnie i powiedziała, że jest 8 cm rozwarcia, dała coś rozkurczowego i powiedziała, że jeśli ktoś ze mną ma być, to mam już zadzwonić

o 5.45 przyjechała moja koleżanka i wtedy było już GRUUUBO.... skurcz za skurczem, dostałam coś na na rozkurczenie, potem już tylko masa szybkich oddechów, o 7 przyszła nowa zmiana położnych i co kolejny

bo okazało się, że przejmuje mnie położna, która jest serdeczną koleżanką mojej koleżanki

więc ona zajęła się mną jak własną córką, przebiła wody płodowe i akcja już w przyspieszonym tempie dla mnie, czego nie ogarniałam, tylko kojarzyłam; Przyj, jest już główka, no musisz jeszcze troszkę, bo mamy już ciałko, jeszcze raz!!!" a potem "Kochana podnieś koszulę, masz pięknego synka"


