marulka
mamcia wieloetatowa
witam dziewczynki!
dziś nieco egoistycznie:
wczorajszy dzień upłynął pod znakiem wkur*a. Czasem tak bywa, że wszystko wyprowadza z równowagi - dziecko od rana męczy, marudzi, płacze bez powodu, słońca nie ma, talerze same lecą z rąk, obiad przypala się mimo że to odgrzewana pomidorówka... O 16 kiedy przyjechał szanowny pan maużonek byłam już wrakiem człowieka - padałam na pysk ze zmęczenia fizycznego i psychicznego. Pan mąż jak to on postanowił się usunąć <choć jak twierdził później pytał mnie uprzednio jak się czuję i zrobił to żeby mi pomóc> i zabrał dziecię na spacer. Przyjechali moi rodzice i jakośtam się te nerwy rozeszły. No ale wieczorem dziecko postanowiło dawać czadu od nowa i to na rączki, to na nóżki, to się wywróciło przez własną głupawkę i płakało - ogólnie męczyło bułę. W pewnym momencie malec mój dostał jakiejś głupawki zaczął się opętańczo śmiać i powtarzać wszystko jak katarynka. Mąż mój - ponieważ to jego ulubiona forma spędzania czasu z synem - podsycał tą głupawkę i śmiali się razem. Głowa moja zaczęła odmawiać posłuszeństwa więc mówię "ok, już się pobawiliście, a teraz basta. Już powiedz mu żeby przestał" na co mój szanowny ślubny rzekł, że nie może się powstrzymać bo on jest taki śmieszny i tak się fajnie wydurnia... na co ja "że już nie mogę z jazgotu i mogliby przestać, poza tym jest wieczór czas na wyciszanie dziecka bo się to skończy histerią".. na co mąż " aaaaaaaaaaaaaaaaaaahahahahahahahahahahaha" więc mnie szlag trafił i wyszłam z lokalu trzaskając drzwiami, padłam na fotel i rozpłakałam się z nerwów, bezsilności i zmęczenia w drugim pokoju. Na co mąż przyszedł i oznajmił, że nie muszę się tak zachowywać i (tu najfajniejsze
ma dość znoszenia moich fochów, że on chciał się z dzieckiem pobawić i ono też chciało, a to jest przecież tylko dziecko i jak miał mu odmówić. Nie skomentowałam. Uspokoiłam się i poszłam usypiać dziecko (on to zawsze robi, ale powiedziałam że skoro znosi moje fochy to poznosi też moje kaprysy i może sobie to dopisać do listy zasług), a następnie gdy młode usnęło mąż postanowił mnie urobić i mówi "no dawaj przybij piąteczkę" na co ja że żadnych piąteczek nie będzie moj drogi. I zrobiłam dziką awanturę. Oczywiście nie obeszło się bez słów "to ja się wyprowadzę" na co ja: straszysz mnie czy obiecujesz? lub "to ty pracuj a ja posiedzę z dzieckiem jak tak ci źle" na co ja: proszę bardzo, ale z tego co sobie przypominam to była nasza wspólna decyzja i bynajmniej nie podjęliśmy jej żebyś mnie teraz szantażował. NA koniec powiedziałam mu że jest zwyczajnie głupi i tyle. Załagodziłam sytuację i obejrzeliśmy razem resztkę meczu, ale do dziś mam focha i nie zamierzam się go pozbyć dopóki nie usłyszę samokrytyki ze strony mojego bezkrytycznego mężczyzny 
u Was widzę same dobre wieści aga_natalia, ciamajdka - cieszę się Waszą radością
dziś nieco egoistycznie:
wczorajszy dzień upłynął pod znakiem wkur*a. Czasem tak bywa, że wszystko wyprowadza z równowagi - dziecko od rana męczy, marudzi, płacze bez powodu, słońca nie ma, talerze same lecą z rąk, obiad przypala się mimo że to odgrzewana pomidorówka... O 16 kiedy przyjechał szanowny pan maużonek byłam już wrakiem człowieka - padałam na pysk ze zmęczenia fizycznego i psychicznego. Pan mąż jak to on postanowił się usunąć <choć jak twierdził później pytał mnie uprzednio jak się czuję i zrobił to żeby mi pomóc> i zabrał dziecię na spacer. Przyjechali moi rodzice i jakośtam się te nerwy rozeszły. No ale wieczorem dziecko postanowiło dawać czadu od nowa i to na rączki, to na nóżki, to się wywróciło przez własną głupawkę i płakało - ogólnie męczyło bułę. W pewnym momencie malec mój dostał jakiejś głupawki zaczął się opętańczo śmiać i powtarzać wszystko jak katarynka. Mąż mój - ponieważ to jego ulubiona forma spędzania czasu z synem - podsycał tą głupawkę i śmiali się razem. Głowa moja zaczęła odmawiać posłuszeństwa więc mówię "ok, już się pobawiliście, a teraz basta. Już powiedz mu żeby przestał" na co mój szanowny ślubny rzekł, że nie może się powstrzymać bo on jest taki śmieszny i tak się fajnie wydurnia... na co ja "że już nie mogę z jazgotu i mogliby przestać, poza tym jest wieczór czas na wyciszanie dziecka bo się to skończy histerią".. na co mąż " aaaaaaaaaaaaaaaaaaahahahahahahahahahahaha" więc mnie szlag trafił i wyszłam z lokalu trzaskając drzwiami, padłam na fotel i rozpłakałam się z nerwów, bezsilności i zmęczenia w drugim pokoju. Na co mąż przyszedł i oznajmił, że nie muszę się tak zachowywać i (tu najfajniejsze
u Was widzę same dobre wieści aga_natalia, ciamajdka - cieszę się Waszą radością
dzisiaj juz mi lepiej. pewnie dlatego, ze strasznie niegrzeczna bylam wczoraj
i pozalatwialam kilka spraw, tzn polatalam troche

w najgorszym wypadku muska podrzuci paczke do autobusu. troche ich tu przyjezdza :-)


